Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
1.


Stałem sam na krużgankach pałacu, zbudowanych z prostego, surowego kamienia, grubo ciosanego, nadającego całemu zamku wrażenie grozy i nieprzystępności. Moje dłonie spoczywały oparte o potężną kamienną balustradę, za którą rozciągała się ziejąca czernią przepaść. Widok przede mną był równie nieprzystępny jak mój zamek i jak ja sam. Jak te krainy. Gdziekolwiek nie spojrzeć, aż po horyzont ciągnęły się wielkie, masywne góry. U stóp, w dolinach, porośnięte lasami iglastymi, ale wraz z wysokością łysiejące, aż po ośnieżone szczyty niknące w chmurach. Przy ładnej pogodzie widać było ich wierzchołki wżerające się w niebo ostrymi zębami przypominającymi paszczę dzikiego drapieżnika rzucającego się do skoku na ofiarę.
Ale dzisiejszego dnia ciężkie, ołowiane chmury pokrywały całe niebo, a gnane były przez porywczy wiatr szarpiący również moją szatę. Mimo wilczej sierści, którą była pokryta, nadal czułem jak wiatr przenika mnie do samego szpiku kości. Lubiłem to uczucie. Lubiłem zimno, chłód ziejący z mojego serca idealnie pasował do nawałnicy zbierającej się na zewnątrz dzisiejszego dnia. Nie można było nigdy powiedzieć, że należę do tej grupy władców, którzy siedzą przez całe życie na dupie, na tronie wyściełanym atłasem i „rządzą”, a tak naprawdę zrzucają ten obowiązek na barki swoich pomocników i całych rad służących królowi. Którzy jedzą i piją aż brzuchy zakrywają przed nimi ich własne stopy, a oni nie potrafią wleźć bez pomocy na własnego rumaka. Którzy w ogóle nie powinni byli a niego wsiadać i którym do głowy by nie przyszło aby wyruszyć na czele swych wojsk do dalekich krain, do których oni sami ich wysyłają na wojny. Którzy już więcej nie wychodzą poza mury zamku, a ich ambicje kończą się na chędożeniu coraz młodszych panien, aż w końcu i dziewczynek, podczas gdy w królestwie panuje bieda i szerzą się choroby zakaźne, a ich synowie rozpętują wojny domowe w celu osiągnięcia władzy.
Nie. Nigdy nie należałem do tego typu władców.
Wychyliłem się za balustradę, mocniej przy tym ściskając zimny kamień. Niebezpiecznie było tak przechylać się nad przepaść bez żadnej ochrony. Uśmiechnąłem się do siebie, a w moich oczach z pewnością błysnął cień szaleństwa. Na szczęście ja mam ochronę, i to taką, jakiej pozazdrościłby mi każdy rządzący.
— Proszę książęcej mości. — Ciche słowa wypowiedziane zza moich pleców zmyły ten uśmiech z ust. Znów jedna z nich zakrada się do mnie, a ja jej nie zauważyłem. Muszę się bardziej postarać, muszę być bardziej skupiony.
Wróciłem na krużganki, odsunąłem się od balustrady dzielącej mnie od przepaści i z całkiem obojętną miną spojrzałem na dziewczynę stojącą za mną. Była całkiem, całkiem zwyczajna dla osoby, która nie wiedziała gdzie patrzeć i która nie zdawała sobie sprawy z tego, kim ona jest. Ale ja wiedziałem. Miała na szyi piękną przywieszkę, błyszczącą szmaragdowymi refleksami nawet teraz, kiedy nie padały na nią promienie słoneczne. Wyglądała na piękną, drogocenną ozdobę, choć służba nie powinna była jej nosić. W rzeczywistości była obrożą.
— Przybyła i jest gotowa do spotkania — zameldowała bez dalszych uprzejmości smukła dziewczyna ubrana w zwykły, prosty strój służącej. W kącikach oczu czaiła się dzikość, której nie dało się zauważyć jeśli nie patrzyło się uważnie – a powiedzmy sobie szczerze, kto przypatrywał się zwykłej służce?
Kiwnąłem w stronę wejścia na salę tronową, dając jej niemy znak aby mnie poprowadziła. Kiedy oboje przekroczyliśmy próg, zamknęła na zasuwę wielkie dwuskrzydłowe drzwi znajdujące się bezpośrednio na podestem tronowym. Na nim stał tron – majestatyczny, ale dla większości mieszkańców zamku również przerażający. Sala sama w sobie była prosta, a jedynym meblem się w niej znajdującym był właśnie ten wielki tron z oparciem sięgającym kilku metrów, na którym człowiek wyglądał przynajmniej dostojnie. To znaczy ja tak wyglądałem, bo nikt inny nie miał prawa zbliżyć się do niego na odległość pozwalającą na dotknięcie go, chociażby muśnięcie opuszkami palców. Sala była okrągła, z wąskimi oknami sięgającymi od samej ziemi aż do wysokiego sufitu, który znajdował się na wysokości kilkunastu metrów i był o łukowatym sklepieniu. Była też przestronna, ale nie zdobiona niczym poza czerwono-złotym dywanem ciągnącym się prosto od drzwi wejściowych aż pod tron i dalej, do wyjścia na krużganki, które właśnie zostało zamknięte. Była naturalnie oświetlana, ale dzisiaj na zewnątrz było ciemno i burzowo, więc w pomieszczeniu było mrocznie i dość ciemno.
Usadowiłem się wygodnie pośrodku pomieszczenia na wielkim, kamiennym tronie i machnąłem lekceważąco dłonią, dając znak służącej, że czekający przed wejściem mogą pojawić się w sali tronowej. Kamień był zimny, ale nie zwróciłem na to uwagi. Służąca posłusznie się ukłoniła i otworzyła wrota naprzeciwko moich oczu. Wyszła bez szmeru i zaprosiła do środka księżniczkę.
------------------------------------------------------------------------------------