Stałem sam na krużgankach pałacu, zbudowanych z prostego,
surowego kamienia, grubo ciosanego, nadającego całemu zamku wrażenie grozy i
nieprzystępności. Moje dłonie spoczywały oparte o potężną kamienną balustradę,
za którą rozciągała się ziejąca czernią przepaść. Widok przede mną był równie
nieprzystępny jak mój zamek i jak ja sam. Jak te krainy. Gdziekolwiek nie
spojrzeć, aż po horyzont ciągnęły się wielkie, masywne góry. U stóp, w
dolinach, porośnięte lasami iglastymi, ale wraz z wysokością łysiejące, aż po
ośnieżone szczyty niknące w chmurach. Przy ładnej pogodzie widać było ich
wierzchołki wżerające się w niebo ostrymi zębami przypominającymi paszczę
dzikiego drapieżnika rzucającego się do skoku na ofiarę.
Ale dzisiejszego dnia ciężkie, ołowiane chmury pokrywały całe
niebo, a gnane były przez porywczy wiatr szarpiący również moją szatę. Mimo
wilczej sierści, którą była pokryta, nadal czułem jak wiatr przenika mnie do samego
szpiku kości. Lubiłem to uczucie. Lubiłem zimno, chłód ziejący z mojego serca
idealnie pasował do nawałnicy zbierającej się na zewnątrz dzisiejszego dnia.
Nie można było nigdy powiedzieć, że należę do tej grupy władców, którzy siedzą
przez całe życie na dupie, na tronie wyściełanym atłasem i „rządzą”, a tak
naprawdę zrzucają ten obowiązek na barki swoich pomocników i całych rad
służących królowi. Którzy jedzą i piją aż brzuchy zakrywają przed nimi ich
własne stopy, a oni nie potrafią wleźć bez pomocy na własnego rumaka. Którzy w
ogóle nie powinni byli a niego wsiadać i którym do głowy by nie przyszło aby
wyruszyć na czele swych wojsk do dalekich krain, do których oni sami ich
wysyłają na wojny. Którzy już więcej nie wychodzą poza mury zamku, a ich ambicje
kończą się na chędożeniu coraz młodszych panien, aż w końcu i dziewczynek,
podczas gdy w królestwie panuje bieda i szerzą się choroby zakaźne, a ich
synowie rozpętują wojny domowe w celu osiągnięcia władzy.
Nie. Nigdy nie należałem do tego typu władców.
Wychyliłem się za balustradę, mocniej przy tym ściskając zimny
kamień. Niebezpiecznie było tak przechylać się nad przepaść bez żadnej ochrony.
Uśmiechnąłem się do siebie, a w moich oczach z pewnością błysnął cień
szaleństwa. Na szczęście ja mam ochronę, i to taką, jakiej pozazdrościłby mi każdy rządzący.
— Proszę książęcej mości. — Ciche słowa wypowiedziane zza moich
pleców zmyły ten uśmiech z ust. Znów jedna z nich zakrada się do mnie, a ja jej
nie zauważyłem. Muszę się bardziej postarać, muszę być bardziej skupiony.
Wróciłem na krużganki, odsunąłem się od balustrady dzielącej mnie
od przepaści i z całkiem obojętną miną spojrzałem na dziewczynę stojącą za mną.
Była całkiem, całkiem zwyczajna dla osoby, która nie wiedziała gdzie patrzeć i
która nie zdawała sobie sprawy z tego, kim ona jest. Ale ja wiedziałem. Miała
na szyi piękną przywieszkę,
błyszczącą szmaragdowymi refleksami nawet teraz, kiedy nie padały na nią
promienie słoneczne. Wyglądała na piękną, drogocenną ozdobę, choć służba nie
powinna była jej nosić. W rzeczywistości była obrożą.
— Przybyła i jest gotowa do spotkania — zameldowała bez dalszych
uprzejmości smukła dziewczyna ubrana w zwykły, prosty strój służącej. W
kącikach oczu czaiła się dzikość, której nie dało się zauważyć jeśli nie
patrzyło się uważnie – a powiedzmy sobie szczerze, kto przypatrywał się zwykłej
służce?
Kiwnąłem w stronę wejścia na salę tronową, dając jej niemy znak
aby mnie poprowadziła. Kiedy oboje przekroczyliśmy próg, zamknęła na zasuwę
wielkie dwuskrzydłowe drzwi znajdujące się bezpośrednio na podestem tronowym.
Na nim stał tron – majestatyczny, ale dla większości mieszkańców zamku również
przerażający. Sala sama w sobie była prosta, a jedynym meblem się w niej
znajdującym był właśnie ten wielki tron z oparciem sięgającym kilku metrów, na
którym człowiek wyglądał przynajmniej dostojnie. To znaczy ja tak wyglądałem,
bo nikt inny nie miał prawa zbliżyć się do niego na odległość pozwalającą na
dotknięcie go, chociażby muśnięcie opuszkami palców. Sala była okrągła, z
wąskimi oknami sięgającymi od samej ziemi aż do wysokiego sufitu, który
znajdował się na wysokości kilkunastu metrów i był o łukowatym sklepieniu. Była
też przestronna, ale nie zdobiona niczym poza czerwono-złotym dywanem ciągnącym
się prosto od drzwi wejściowych aż pod tron i dalej, do wyjścia na krużganki,
które właśnie zostało zamknięte. Była naturalnie oświetlana, ale dzisiaj na
zewnątrz było ciemno i burzowo, więc w pomieszczeniu było mrocznie i dość
ciemno.
Usadowiłem się wygodnie pośrodku pomieszczenia na wielkim,
kamiennym tronie i machnąłem lekceważąco dłonią, dając znak służącej, że
czekający przed wejściem mogą pojawić się w sali tronowej. Kamień był zimny,
ale nie zwróciłem na to uwagi. Służąca posłusznie się ukłoniła i otworzyła
wrota naprzeciwko moich oczu. Wyszła bez szmeru i zaprosiła do środka
księżniczkę.
