Starałam się nie zaprzątać swojej głowy niepotrzebnymi myślami. Pytania pokroju "Dlaczego?", bądź "Co by było gdyby?" nie dawały żadnego efektu, a jednak niejednokrotnie przyłapałam się na dobieraniu właściwych odpowiedzi do swoich niewiadomych. Normalnym był fakt, że zakorzenione w mojej głowie obawy, z dnia na dzień ewoluowały coraz bardziej, stając się nad wyraz niebezpieczne nie tylko dla mnie, ale i całego otoczenia. Nikomu źle nie życzyłam. Nie chciałam obwiniać swojej babki o przekleństwo, jakie nałożyła na moją osobę i z którym musiałam borykać się na co dzień. Nie była sobą. Postradała rozum; najzwyczajniej w świecie przeceniła swoje magiczne zdolności, czego skutkiem było popadnięcie w objęcia czystego szaleństwa i obłędu. Próbowałam patrzeć na przeszłość sprawiedliwym okiem, jak przystało na osobę, w której żyłach płynęła iście błękitna, królewska krew. Czasem jednak, gdy kompletnie milczałam, a myśli puszczałam wolno, pozwalając stworzyć im bolesny splot wspomnień, coś wewnątrz mnie pękało. Gruby mur opadał, a ja z niechęcią odnajdywałam w sobie rosnący do babki żal. Negatywne uczucie, które za wszelką cenę chciałam z siebie wykorzenić; pozbyć się go i móc w spokoju żyć, bez obawy o zadanie komuś krzywdy oraz cierpienia.
Silne emocje
były dla mnie niebezpieczne, dlatego skrupulatnie starałam się ich unikać. Nie
potrafiłam zapanować nad swoim przekleństwem/darem, toteż między innymi
dlatego, ostatnie trzy lata, spędziłam odizolowana od wszelkiego społeczeństwa.
Sama pośród grubych, kamiennych murów, których magiczne zdolności miały skupić
wszelką złą aurę wewnątrz i tym samym uchronić moje królestwo od klęski. Przez
tak długi okres czasu nie miałam najmniejszego towarzystwa, jedynie raz na
jakiś czas jeden z odważnych posłańców mego ojca, pojawiał się, by wyręczyć
listy od utęsknionych rodziców, którzy z całych sił starali się, by w moim
"nowym domu" niczego mi nie brakowało. Przyzwyczaiłam się do
samotności, pogodziłam się z faktem bycia niebezpieczną dla innych ludzi,
dlatego też wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy obudziłam się w kompletnie
obcym mi miejscu. Nie miałam zielonego pojęcia jak się tam znalazłam, ani gdzie
byłam. Nagła panika oraz dogłębne skołowanie, naturalnie nie mogły skończyć się
bezproblemowo.
Dlatego też
stałam teraz przed jakąś kompletnie obcą mi dziewczyną (po stroju mogłam
wnioskować, iż była tutejszą służącą) i zawstydzona przepraszałam za
zdemolowanie niemalże całej komnaty, w jakiej dane było mi się obudzić. W
pierwszym odruchu chciałam ją prosić, by się mnie nie bała, utwierdzić, że nic
jej nie zrobię, aczkolwiek prędko zorientowałam się, iż ciemnowłosa nie
wyglądała na szczególnie przerażoną, tym co zastała po wejściu do środka. Wręcz
przeciwnie, jej twarz, choć spokojna, to w szmaragdowych oczach dostrzegałam
coś niebezpiecznie silnego; dziką fascynację.
- Proszę się
nie martwić zniszczeniami - jedwabisty głos sprawił, że nieco uspokoiłam swoje
zszargane nerwy. - Musi panienka czuć się zagubiona, więc proszę pozwolić mi na
oficjalne powitanie księżniczki w zamku króla Hav'careena, władcy Iudicium.
Nie
wykrztusiłam z siebie żadnej konkretnej odpowiedzi. Jedyne co byłam w stanie
zrobić, to nieco otworzyć usta i zamrugać parokrotnie oczami, by upewnić się,
że na pewno nie śnię. Dziewczyna wypowiedziała owe słowa tak uprzejmym i pełnym
szacunku głosem, jakby kompletnie nie zdawała sobie sprawy z burzliwej
przeszłości, jaka łączyła Mareaurę (zabij mnie,
ni cholery nie ogarniam jak się odmienia ;-;) z tymże krajem. Żołądek
zawiązał mi się w nieprzyjemny supeł, a paskudne opowieści mego nauczyciela,
który skrupulatnie przedstawiał mi wszelkie sytuacje polityczne królestwa,
odbiły się bolesnym echem w czaszce.
-
Przepraszam, ale musiało zajść jakieś nieporozumienie - zmarszczyłam nieco
czubek nosa, zaciskając nerwowo palce na materiale swojej potarganej sukni. -
Niemożliwe żebym...
- Proszę się
o nic nie martwić - kobieta wręcz bezczelnie wcięła mi się w słowo, nie
spuszczając z twarzy tego sztucznie uprzejmego uśmiechu. - Król wszystko
panience objaśni. Nim jednak dojdzie do spotkania, nalegam by księżniczka
wzięła kąpiel i przebra...
- Z całym
szacunkiem, nie widzę najmniejszych powodów do tak uroczystego strojenia się na
to spotkanie - tym razem to ja jej przerwałam, czując jak wzrasta we mnie
irytacja. Nie byłam tutaj z własnych pobudek, a tym bardziej dla niczyjej
przyjemności. Chciałam jedynie czym prędzej uzyskać wyjaśnienia i odkręcić to
przedziwne nieporozumienie.
Sądziłam, że
służka będzie oponować, jednak kiwnęła jedynie głową i rzuciła ciche
"Proszę za mną". Tak też uczyniłam, wiernie dotrzymując jej kroku.
Gdy przedzierałyśmy się przez długie, wąskie korytarze, pogrążone w odrażającym
mroku, pomyślałam sobie, że wszelkie historie dotyczące tego miejsca były
prawdziwe. Królestwo kości i cienia - tak
mówili ludzie z okolicznych wiosek. Miałam złudne nadzieje, że być może plotki
dotyczące samego władcy Iudicium okażą się być zwykłą obłudą. Takim krajem mógł
dowodzić jedynie ktoś o podobnym usposobieniu i charakterze, jakie odzwierciedlało
to mroczne miejsce.
Zatrzymawszy
się przed ogromnych rozmiarów wrotami, sięgającymi wysokiego sufitu o
łukowatych sklepieniach, poczułam wzrastający niepokój, ale jednocześnie
irytację. Bałam się tego, co może mnie spotkać po przekroczeniu progu sali
tronowej, aczkolwiek z drugiej strony denerwował mnie fakt, że musiałam czekać,
aż zostanę łaskawie wpuszczona do środka; zupełnie jakbym była tu z własnej
nieprzymuszonej woli i miała jakąś osobistą sprawę do króla Hav'careena. Na
całe szczęście moja niepewna sytuacja nie trwała zbyt długo, gdyż po upłynięciu
jakiś pięciu minut, ciężkie wrota rozwarły się przede mną otworem. Kolejna
służka, stojąca w progu, skłoniła mi delikatnie głowę, a następnie wskazała
ręką ku wejściu, oznajmiając ciche "Król wyczekuje panienki".
Złapałam kurczowo za krańce swej sukienki, bardziej się w ten sposób
odstresowując, niżli mając na względzie nie podeptanie, i tak zmasakrowanej,
kreacji. Nie chcąc okazać po sobie strachu, powolnym, acz pewnym krokiem,
weszłam do ogromnej sali, pogrążonej w tej samej ciemności co i reszta zamku.
Wystrój był względnie ubogi, jednak widok drogiego dywanu o krwistoczerwonym
odcieniu, z domieszkami złotych ozdobników, zdawał się krzyczeć o pysze jeszcze
bardziej, niżli wystawienie wszystkich skarbów królestwa na widoku. Do tego dochodził
ogrom pomieszczenia, a także niebotycznie wysoki tron, mający na celu
zaznaczenie majestatu pana, którego przysłowiowe cztery litery, spoczywały na
zimnym kamieniu, z jakiego był wykonany.
Na usta
cisnął mi się pobłażliwy uśmiech, jednak stanowczo go w sobie stłumiłam. To
nie był czas na zbędne uszczypliwości i wymianę głośno swoich osobistych zdań.
Zatrzymałam się tuż pod stopniami prowadzącymi do wejścia na tron, a następnie
ukłoniłam się wdzięcznie, tak jak uczono mnie od dziecka. Ułożyłam dłonie z
przodu sukni, tworzą z nich delikatny koszyczek, i wlepiłam intensywne
spojrzenie prosto w twarz właściciela owych włości. Musiałam przyznać, że król
Hav'careen robił niemałe wrażenie samą swoją aparycją. Miał groźnie wyglądającą
twarz, a sposób w jaki odwzajemniał mój twardy wzrok, powodował, że czułam się
coraz mniejsza przed jego majestatycznym obliczem. Chłód niebiesko-zielonych
tęczówek przenikał do najmniejszej kości, każdego nerwu w ciele, a pewna siebie
postawa krzyczała głośno o jego przewadze nad moją osobą. Po samym jego
spojrzeniu mogłam wywnioskować, że ku moim wszelkim zapewnieniom, nie pojawiłam
się tam przypadkiem.
- Wasza
wysokość - wydobyłam z siebie krztę szacunku, siląc się nawet na wymuszony
uśmiech. - Byłabym niezwykle wdzięczna za wyjaśnienie tej absurdalnej sytuacji
- choć głos miałam delikatny i niewinny, to można było wyczuć namacalną
irytację, a także sarkazm. Mimo swego pozornie nieszkodliwego wyglądu, nie
byłam osobą, która pozwoliła sobą pomiatać jak komu się podobało. Znałam swoje
prawa, miałam królewską dumę i wiedziałam, że aby wytrwać w toksycznym świecie
władzy oraz obelżywości, należy być człowiekiem ze stali.
