Potwór - tylko
tak mogłam określić swoją osobę w obecnym stanie. W pociemniałych oczach
zalanych powiększonymi źrenicami, czaiło się istne szaleństwo, które poczęło
dominować nad każdą komórką mego słabego ciała. Świadomość sytuacji uciekała
gdzieś w głąb czaszki, ustępowała fanatycznemu przekonaniu, że nie jestem w
stanie zmierzyć się z siłą magii, jaka wrzała w moich żyłach. Choć skórę palił
najprawdziwszy ogień, to dłonie miałam zimne niczym lód, a twarz bladą, jakbym
spędziła co najmniej kilka nocy na paskudnym mrozie. Kosmyki unoszących się
włosów łaskotały nieco zapadnięte od emocji policzki, a zęby zgrzytały
nieprzyjemnie, uwydatniając delikatną linię żuchwy. Istna pustka wypełniała
moją czaszkę, w której echem odbijały się dzikie szepty, głosy mamrotane w rdzennym
języku czarownic. Zachowywałam się jak osoba szalona; popadałam w istny obłęd i
nie kontrolowałam żadnego ruchu. Spierzchnięte wargi samoistnie poruszały się,
wypowiadały zaklęcia, o których znajomości nie miałam kompletnego pojęcia.
Każda wykonywana przeze mnie czynność była pod zupełną kontrolą czarnego
przekleństwa, płynącego prosto ze swego źródła - tatuażu. Trawił on skórę na
moich plecach, zdawał się wżerać do środka, zupełnie jakby chciał przeniknąć do
kości; czułam się jak bydlę znaczone rozżarzonym prętem.
Choć gdzieś
w głębi miałam świadomość swoich poczynań, to nie byłam w stanie tego
zatrzymać. Chaos jaki rozpętałam w przeciągu zaledwie paru minut był
przerażający, wprawiał mnie tylko w jeszcze większą plątaninę emocji. Czułam
jak destrukcyjna magia kumuluje się gdzieś wewnątrz, pali trzewia, pragnie
wydostać się na zewnątrz i zniszczyć wszystko, co było na drodze. Choć wzrok
był dziki, a z gardła wydobywało się nieludzkie warczenie, gdzieś podświadomie
byłam wdzięczna za nagłą reakcję króla Iudicium, w wyniku której nie byłam w
stanie poruszyć się nawet o milimetr. W powietrzu uniósł się nieprzyjemny
zapach ozonu, a każdą komórkę mego ciała ściął istny lód. Warknęłam
niekontrolowanie, próbowałam się wierzgać, aczkolwiek na nic się to nie zdawało.
Pod wpływem ogarniającego mnie szaleństwa wrzasnęłam, jakby nie mogąc znieść
myśli, że to ma być koniec, że mogłabym zaprzestać uwalnianiu magii i siania
tego fascynującego chaosu. Przerażałam samą siebie, to nie byłam prawdziwa ja.
Kiedy chodziło o moje niebezpieczne zdolności, to stawałam się potworem,
przekleństwo skutecznie odbierało mi zdrowy rozsądek i wolną wolę.
Miliony
myśli kuły czaszkę. Ledwo potrafiłam skupić się na tym, co działo się wokół
mnie. Widziałam jak blondyn zbliża się ku mnie, porusza ustami, szepcząc pod
nosem zaklęcia. Szalejący w pomieszczeniu wiatr, a także łacińskie krzyki
przodków, potężnych czarownic, które wypełniały moją głowę, uniemożliwiały mi
zrozumienie wypowiadanych słów. Ogarniająca mnie agonia nie pozwalała na niczym
się skupić; nie dostrzegłam momentu, w którym Hav'caaren stanął tuż przed mym
obliczem. Jego bliskość wywołała u mnie szok, wstrząs przeszył całe
znieruchomiałe ciało. Wyczuwałam od niego potężną magię, moc, która działała
niczym magnez na siłę przepływającą przez moją każdą komórkę. Było to dla mnie
coś nowego; nie doświadczyłam jeszcze równie intensywnego odczucia. Żaden z
magów pochodzących z mego królestwa, nie oddziaływał na mnie w tak namiętny i
dotkliwy sposób.
Ciepłe
dłonie mężczyzny, które znikąd pojawiły się na mych policzkach, silnie
kontrastowały z zimnem mojej skóry. Ten dotyk palił, docierał do każdego
zakątka mego ciała. Nagła bliskość nie była krępująca, wręcz przeciwnie, przez
nią nawiązała się pomiędzy nami jakaś dziwna nić, magiczne powiązanie, które
duchowo zbliżyło nas do siebie. Z licznych opowiadań i ksiąg wiedziałam, że
wspólne używanie równie silnej mocy potrafi być o wiele bardziej intensywne
oraz intymne, niż niejedno wymienienie czułości przez najszczerszych kochanków,
aczkolwiek nigdy wcześniej tego nie doświadczyłam - aż do tego momentu.
Zbyt wiele
czynników oddziaływało na mnie w tym samym czasie. Nieokiełznana moc, krzyki
czarownic, palący dotyk władcy, a także jego ciepły oddech, uderzający o moje
rozchylone wargi. Gdy blondyn poruszył ustami oczy zalała mi istna mgła,
zamazująca widoczność. Ciężki, szybki oddech uspokajał się, a furia jakby
powoli zaczęła ustępować. Pulsowanie w żyłach malało, ból tracił na sile, a
wewnątrz pojawiało się nieznane uczucie ukojenia; zupełnie jak lód przyłożony
do mocnego potłuczenia na ciele. Wszystkie wywołane anomalie nagle zniknęły.
Nogi zadrżały mi niekontrolowanie; ciało opuściły wszelkie siły. Z oczu
zniknęła dzika furia, gardło wydobyło głęboki wdech. Gwałtownie upadłam na
popękaną posadzkę, zanosząc się niekontrolowanym kaszlem. Dłonie przyłożone do
chłodnego kamienia przywracały zdrowy rozsądek, pozwoliły na unormowanie
oddechu i ułożenie wszystkich myśli. Nie wiem ile czasu spędziłam tak siedząc u
stóp, zapewne zadowolonego, króla, aczkolwiek nie miało to dla mnie
najmniejszego znaczenia. Byłam wyzbyta ze wszelkich sił, z pewnością nie
byłabym w stanie podnieść się na własnych nogach.
- Chciała...
- zaczęłam, aczkolwiek ponownie zniosłam się silnym kaszlem. Spuściłam twarz ku
ziemi, zaciskając kurczowo powieki. Pomagało przy nudnościach i wirowaniu przed
oczami. - Chciałabym odpocząć - wychrypiałam ledwie słyszalnie, ocierając
wierzchem dłoni stróżkę krwi, jaka popłynęła mi z nosa i skapnęła na suknię
oraz zakurzoną posadzkę. Przełknęłam gorzko swą dumę i podniosłam powolnie
głowę, spoglądając niemalże błagalnie na oblicze triumfującego władcy. Wygrał.
Wiedzieliśmy to oboje.
