W pierwszych sekundach wydało mi się, że moja prowokacja nie
podziałała. Że może droga do mocy nie prowadzi przez wściekłość, żal ani
rozczarowanie, choć powinna była przecież reagować na każde mocniejsze emocje
dziewczyny – a ja prawdopodobnie umiałem rozbudzić tylko te negatywne. Poczułem
gorzki smak zawodu i gniewnie zmrużyłem oczy, nie odrywając czujnego spojrzenia
od dziewczyny. Miałem wrażenie, że przez to jak długo się na siebie patrzyliśmy
bez sekundy przerwy, widok jej twarzy wyrył mi się pod powiekami i długo go nie
zapomnę.
Ale przegrana trwała dosłownie tylko kilka dłużących się sekund.
Pierwszą oznaką, że zbliża się coś większego niż można było przypuszczać że
istnieje, był magiczny impuls. Przeszył moją pierś na wskroś, wdarł się do
mojego ciała tak gwałtownie, że zaparł mi dech, na chwilę zatrzymał akcję
serca. Po tym łapczywie złapałem powietrze i zdałem sobie sprawę, że ciężko
oddycham, niemal dyszę. Pierwszym fizycznym znakiem, że dziewczyna przełamała
barierę – albo że została ona złamana od środka przez magię – były oczy
księżniczki. Ciemne, dzikie, nieludzkie. I włosy unoszące się do góry mimo że
nie było wiatru, wbrew wszelkim prawom fizyki.
Triumf wziął górę nad strachem, którego ukłucie poczułem w okolicy
żeber pierwszy raz od wieków. Udało mi się. Granice się zatarły. Nie panuje nad
sobą, czułem to całym swoim jestestwem. Szyby pękły gwałtownie z głuchym
trzaskiem, rozpadły się na miliardy kawałeczków. Wyjący wiatr wdarł się do
pomieszczenia, dął w sali tronowej, szarpał moje włosy i królewską szatę.
Zrobiło się lodowato zimno, ale nie potrafiłem powiedzieć czy to kwestia braku
okien czy czarów – nawet na zewnątrz o tej porze nie było takiego przenikliwego
chłodu. Przenikał przez wilcze futro naszyte na mojej królewskiej szacie i
ścinał krew w żyłach, dostawał się do samego szpiku kości.
Wszystko było tak mało rzeczywiste, jakby nie działo się
naprawdę. Ale czułem to. Moc, o której zwykły śmiertelnik mógłby tylko śnić.
Moc równa najpotężniejszym demonom, których nie dało się usidlić. Zapach ozonu
nasilił się znacznie bardziej. Żywioły rozszalały się na dobre i nie zamierzały
przestać, dołączały się kolejne dziwne oznaki braku panowania nad mocą.
Księżniczka wrzeszczała, a jej głos dudnił mi w głowie. Odbijał
się od ścian i mimo że wiatr wył i zawodził, mimo że błyskawice trzaskały tuż
obok nas – wciąż jej głos był najlepiej słyszalny, mimo że nie potrafiłbym
usłyszeć nawet własnych myśli. Robiło się niebezpiecznie, ale właśnie
niebezpieczeństwo było piękne. Wiedziałem, że przy drzwiach wciąż
dzielnie stoi moje oparcie, moja magiczna moc, mój pojemnik – mój wieczny
sługa. Czułem przyspieszony rytm swojego serca spowodowany ekscytacją,
radością, pożądaniem aby ta moc była w moim posiadaniu.
Ale trzeba było skończyć to przedstawienie żeby zapobiec
katastrofie. Choć miałem ogromną ochotę patrzeć, jak burzy wszystko dookoła,
jak moc zostawia po sobie same gruzy zamku, wypaloną ziemię wokół stóp
dziewczyny i martwe ciała, to jednak nie było moimi celami zburzenie zamku i
moja śmierć. Nie mogłem pozwolić na zdemolowanie komnaty tronowej tylko po to,
żeby móc odczuwać moc we wszystkich kościach – moc, która nigdy nie będzie
mogła płynąć równie mocno prosto z mojego umysłu, nie będzie mogła pochodzić
ode mnie.
Wstałem, choć ciężko było się utrzymać na nogach kiedy cała
podłoga drżała niebezpiecznie. Przez chwilę podtrzymywałem się oparcia tronu,
ale szybko się wyprostowałem. Ciężko będzie zatrzymać taką potęgę i nigdy nie
dałbym razy tego zrobić sam. Na szczęście nie byłem sam. Stanąłem na szeroko
rozstawionych stopach, uniosłem obie ręce do góry i czubki palców skierowałem w
stronę kobiety, która dotąd skrywała się w cieniu przy drzwiach. Wykonałem
szybko jeden bardzo skomplikowany znak, a szmaragd na jej szyi zabłysnął jasno.
Było to trudne zadanie, biorąc pod uwagę wciąż rosnącą moc zaklęć, a także
przez przyspieszający wiatr i trzęsącą się ziemię, skrzeczącą w posadach całą
salę.
— Aedd Gynvael!* — krzyknąłem, unosząc ręce jeszcze wyżej, tym razem w celu
utrzymania księżniczki w jednej pozycji, w jednym miejscu.
Czar przepłynął przeze mnie, na kilka sekund skuwając lodem każdą
komórkę ciała, ale już po chwili zimno spłynęło z palców i rozpłynęło się na
wietrze. Zapach ozonu nasilił się mimo szalejącego wiatru. Skorzystałem z
okazji, że dziewczyna nie mogła się ruszyć, jednym susem zeskoczyłem z podestu
tronowego i dopadłem do niej. Natychmiast położyłem dłonie na jej obu
policzkach i lekko ku sobie uniosłem jej twarz niczym najdelikatniejszy
kochanek, który zaraz ma pocałować swoją oblubienicę.
W tej chwili poczułem magię. Zielone światło zalało mi oczy,
obraz się rozmył, a ja poczułem potęgę, siłę, o jakiej nawet nie marzy zwykły
śmiertelnik. Nie musiałem podnosić wzroku żeby wiedzieć, że służąca stoi na
szeroko rozstawionych nogach, z rękami uniesionymi ku górze i palcami
rozczapierzonymi jakby chciała urwać spory kawał nieba. Głowę miała odchyloną
do tyłu, usta szeroko otwarte, jakby zastygły w niemym okrzyku, a oczy uciekały
jej w głąb czaszki.
— Esseath Cáelm** — tym razem szepnąłem zaklęcie uspakajające niemal prosto w jej
usta.
Liczyłem na to, że wystarczy tyle na uspokojenie tak
nieokiełznanej mocy. Czekałem na efekt, niecierpliwie, z kiełkującą gdzieś
głęboko wewnątrz mnie niepewnością. Za to rozrastało się we mnie wyczerpanie,
cena jaką płaciłem za używanie nieswojej mocy. Nogi zaczęły mi drżeć.
*Aedd Gynvael – okruch lodu
*Aedd Gynvael – okruch lodu
**Esseath Cáelm – jesteś spokojna
W moim tłumaczeniu .3.
