Byłam zbyt
wstrząśnięta sytuacją jaka chwilę temu miała miejsce, by zwrócić większą uwagę
na brak dobrego wychowania i taktu od strony mężczyzny. Przeszedł tuż przed
moją klęczącą postacią od tak, jakby uważał, że moje miejsce było właśnie u
jego stóp, na zakurzonej posadzce. Nie byłam pewna, czy blondyn był właśnie
tego typu osobą, której obojętny był los drugiego człowieka, czy może bardziej
robił to dla pokazu, jakby chcąc mnie nauczyć tego, że nie powinnam oczekiwać
po nim jakiś ludzkich odruchów. Odrzucała mnie jego ignorancka postawa. Nie
byłam przyzwyczajona do takiego traktowania; szczególnie nienawidziłam, gdy
inni podchodzili do mej osoby z jawnym lekceważeniem. To, że byłam jego
więźniem nie mogło wymazać z mej krwi tego kim byłam, w jakiej rodzinie się
urodziłam. Nie pozwolę sobie na takie traktowanie.
- Wiesz,
wasza wysokość - zaczęłam ciężko, ledwo utrzymując się na drżących dłoniach. Klęłam
w myślach na swój bezwład w nogach, przez który byłam zwyczajnie przyszpilona
do zimnego kamienia, jakim wyłożona była podłoga w sali tronowej. - Bycie
dżentelmenem nigdy nie wychodzi z mody - prychnęłam, uśmiechając się do niego
cierpko. Wymieniłam z nim twarde spojrzenie, licząc na to, że swoją lekceważącą
postawą wobec jego osoby udało mi się go rozdrażnić chociaż w minimalnym
stopniu. Musiał wiedzieć, że choć fizycznie byłam słaba, to miałam silnego
ducha walki i nie będę pozwalała na stłamszenie się. Nie byłam osobą, którą
łatwo było złamać, gdy coś sobie postanowiłam, to się tego kurczowo trzymałam.
Swoje racje przekładałam ponad wszystko, byłam uparta i irytująca, może czasem
nawet bezczelna. Ale to właśnie dzięki temu nadal istniałam, nie ugięłam się
pod niesprawiedliwością tego świata. Tylko silni mogli przetrwać; bycie
księżniczką wiązało się z wiecznymi zdradami od strony najbliższych. Nie można
nikomu ufać, powierzać wszystkich swoich tajemnic. Wszystko co mogłoby ci
zaszkodzić zatrzymujesz dla siebie samego, tłamsisz to w sobie i choć wypala
cię to od środka, wiesz, że to jedyna słuszna droga.
Chłonęłam
każde słowo wydostające się z gardła króla Iudicium, jednak nie skomentowałam
tego w żaden sposób; wręcz udawałam, że wszystko spłynęło po mnie jak po
przysłowiowej kaczce. Nie chciałam z nim o tym rozmawiać, był ostatnią
osobą, z jaką miałabym chęć dzielenia się swoimi przeżyciami w związku z bólem
jakiego doznawałam. Brzmiał jak osoba doświadczona przez los, z pewnością
wiedział na temat magii więcej niż ja sama. Nie mogłam pogodzić się z faktem,
że ten impertynencki arogant mógłby mnie czegokolwiek nauczyć.
- Wzrusza
mnie twa uprzejmość, panie - wymruczałam przez zaciśnięte kurczowo zęby, gdy
niedbałe machnięcie ręką dało mi przyzwolenie na opuszczenie sali tronowej.
Bezczelność blondyna nie posiadała żadnych granic, traktował mnie jak jakiś
przedmiot, który mógł przestawiać z kąta w kąt, wedle własnego uznania. Według
niego należałam do jego osoby, miałam być uległa i godzić się na każdy wydany
rozkaz. Zupełnie jakbym była tu z własnej woli, a to że mi "pomagał",
było oznaką jego łaskawości i dobroci.
Na słowa
dotyczące planów na dzisiejszy dzień, nie odezwałam się choćby słowem. Nawet na
niego nie spojrzałam, zupełnie jakby jego uwaga przeleciała obok mnie mimo
uszu. Nie widziałam potrzeby by z nim dyskutować; swoje wiedziałam i
zamierzałam wyciągnąć to na wierzch. Jeśli nie będę w stanie kontynuować, jak
on to nazwał, "ćwiczeń", to nie zamierzałam robić tego na siłę. Czułam
się wystarczająco wyssana z życia, świadczyły o tym nie tylko podkrążone oczy i
krew na ubraniu, ale także niemożność wstania o własnych siłach. Kiedy służka
władcy posłusznie pomagała mi się podnieść, wykorzystałam sytuację, by móc się
jej lepiej przyjrzeć. Od samego początku wydawała mi się jakaś dziwna. Czułam
od niej coś niepokojącego, co uwalniało wewnątrz mnie stan ostrożności i
delikatnie kruszyło mur, za którym skrywałam całe darowane mi przekleństwo.
Dziewczyna
niemalże podniosła mnie do góry, a następnie przytrzymała silnie w pasie, bez
najmniejszego problemu. Być może nie należałam do masywnych osób, byłam raczej
krucha i filigranowa, aczkolwiek było wykluczone, by normalna kobieta mogła
poradzić sobie z moim ciałem z tak zaskakującą lekkością. Gdy udało mi się na
chwilę złapać jej intensywne spojrzenie, nieświadomie zadałam jej nieme pytanie
"Kim ty właściwie jesteś?". Ta jakby to zrozumiała, gdyż coś
niebezpiecznego błysnęło w jej oczach, a na wargi wdarł się lekko widoczny, przeraźliwy
uśmiech. Pochłonięta milionem pytań zakorzenionych w mojej głowie, nawet nie
zorientowałam się, gdy zostałam wyprowadzona z sali tronowej i
przetransportowana do komnaty, która od teraz miała stanowić moje cztery
ściany.
-
Przygotowano dla panienki kąpiel - służka wskazała subtelnie dłonią parawan, za
którym stała sporych rozmiarów, kamienna wanna. Nad nią unosiła się gęsta para
o mlecznym odcieniu, na powierzchni wody pływały płatki zaczerwienionych żywo
róż, a po całym pomieszczeniu roznosił się przyjemny, kwiatowy zapach. Mimo
wszelkich okoliczności, zapragnęłam czym prędzej zanurzyć obolałe ciało w
gorącej cieczy.
- Proszę się
odprężyć i odpocząć - niewinnie ponagliła mnie, a ja nie miałam sił się z nią
spierać. Pozwoliłam, by dziewczyna pomogła mi rozebrać się z poszarpanej i
brudnej sukni oraz rozczesać poplątane kosmyki włosów. Następnie przypilnowała,
bym przypadkiem nie utopiła się wchodząc do wypełnionej po same brzegi wanny.
- Przyjdę do
księżniczki w porze obiadu. Jeśli król wyrazi chęci, to spożyje go pani w jego
towarzystwie - uśmiechnęła się sztucznie, co natychmiastowo odwzajemniłam.
Dodałam jedynie trochę więcej jadu do całego gestu. - Służki przyniosą panience
suknię i zajmą się fryzurą. Gdyby czegoś księżniczka potrzebowała, wystarczy
zadzwonić dzwonkiem - wskazała na złoty dzwoneczek, uwieszony przy jednej ze
ścian. - Życzę miłej kąpieli - ukłoniła się nisko i zostawiła mnie samą pośród
czterech ścian. W zupełnie obcym i nieznanym otoczeniu, z milionem sprzecznych
myśli, przygłuszających wszelki rozsądek.
