Przewidywałem, że z nią będzie ciężko. Teraz miałem poświadczenie
swoich przypuszczeń, najwidoczniej księżniczka czuła się urażona moim
zachowaniem i brakiem manier, których się spodziewa od całego otaczającego ją
świata. Te rozkapryszone, wysoko urodzone dziewuchy z Mareaury są chyba
najgorszym typem kobiet. Sądzą, że należy im składać pokłony i lizać stopy za
to, gdzie się urodziły, a nie za to kim były lub co osiągnęły ciężką pracą. Bo
czy ona musiała przepracować choć jeden dzień w swoim życiu? Patrząc na jej
dłonie wielce z to wątpiłem. Kobiety nie musiały użerać się nawet z polityką,
nie prowadziły wojen, nie odpowiadały przed ludem – nie tylko nie pracowały
fizycznie, ale zazwyczaj ich twarz była nieskażona myślą. Były przeznaczone,
żeby na nie patrzeć. I czasem, te co ważniejsze po to, żeby mogły przedłużyć
linię rodu, zapewnić potomstwo.
Nie mogę pojąć, dlaczego tak rzucała się na fakt, iż została
sprzedana. Przecież to czekało ją od poczęcia, od maleńkości uczono ją
wszystkiego, co powinna mieć przyszła księżniczka. Przygotowano ją na sprzedaż.
Tylko z grzeczności a może jakiegoś trudnego do pojęcia poczucia taktu tego tak
nie nazywano. Wyjście za mąż za starszego nawet o trzydzieści lat króla w celu
połączenia interesów i zapewnienia królestwu dobrych sojuszników leży na
barkach młodych, pięknych dziewczynek, tak przysługują się swojemu krajowi.
Brzmi pięknie. Ale to wciąż tylko handel, a że w tym wypadku żywą istotą, to
niczego nie zmienia z praktycznego punktu widzenia.
Nie miałem mimo wszystko ochoty tłumaczyć jej tego. Musiała
zdawać sobie sprawę z tego, jak działa życie, jak funkcjonują królestwa i jak
mało warta jest pojedyncza jednostka w całej machnie, czyli człowiek. A jeśli
nie, nie moim zadaniem było ją tego uczyć. Znalazła się tu w zgoła innym celu,
a że akurat ja byłem kupcem w tej transakcji… Cóż to zmieniało? Mogła trafić
gorzej.
Uśmiechnąłem się niedostrzegalnie pod nosem wraz z nadejściem tej
niezbyt trafnej myśli. A może jednak nie mogła?
Uchyliłem powieki na moment, w którym dziewczyna zbierała się z
ziemi przy pomocy służącej i opuszczała przestronną salę tronową. Wciąż hulał w
niej wiatr wdzierający się przez wybite szyby. Poczułem dreszcz zimna
przebiegający mi wzdłuż kręgosłupa. Wróciło wyczerpanie, irytująco kłujące moje
kończyny, trzewia i myśli. Na szczęście, kiedy wielkie drzwi się otworzyły, a
dwie kobiety wyszły, do środka wstąpiła inna służąca. Rudowłosa, smukła i
wysoka, poruszająca się niemal bezszelestnie. W jej oczach na co dzień czaiło
się zło, wściekłość i frustracja, ale teraz jeszcze widać w nich było
zainteresowanie, kiedy rozglądała się po zniszczonym pomieszczeniu. Bez słowa
przeszła salę i z kocią gracją wskoczyła na podest. Zbliżyła się i uklęknęła u
moich stóp
— Calista — mruknąłem, obserwując ją spod przymkniętych powiek.
Moja ulubiona. Zły uśmiech zagościł na mojej twarzy. Bardzo zły.
Calista w
jednym z archaicznych języków oznaczało najpiękniejsza. I trudno byłoby się nie zgodzić. Ale jej piękno było
niebezpieczne i nikt o zdrowych zmysłach nie dałby się zwieść – o ile
wiedziałby z kim ma do czynienia. Ja wiedziałem.
Nie musiałem nic mówić. Podniosła się z klęczek, wyciągnęła do
przodu obie dłonie i położyła je na moich skroniach. Niemal przylgnęła do moich
kolan, wyprężyła kręgosłup, czułem jak całe jej ciało spięło się przed niemym
zaklęciem. Jaskrawozielone światło zalało mi oczy. Eksplozja bólu, za którym
natychmiast podążała przyjemność. Dłonie mi zadrżały, kiedy czar przemknął
przez moje ciało. Pierwotna energia wypełniła mnie po końcówki włosów, niemal
czułem jak moje ciało się regeneruje. To zaklęcie nie mogło całkowicie
przywrócić mi sił, ale pomoże na tyle, żebym mógł się sprawnie poruszać, czysto
myśleć i samemu znów używać magii.
Odepchnąłem mocno od siebie służącą, na której szyi wciąż
błyszczał szmaragdowy kamień, gdy tylko skończyła mnie leczyć. Żeby nie spaść
ze schodków pod wpływem impetu mojego gestu zgrabnie podwinęła stopy i
przykucnięta, wylądowała na skraju podestu. Podniosła na mnie rozwścieczone
spojrzenie niemal przezroczysto niebieskich źrenic.
— Odbuduj wszystkie okna i usuń skutki niekontrolowanej magii
księżniczki, natychmiast — rozkazałem chłodnym głosem, po czym podniosłem się z
tronu i bez choćby jeszcze jednego spojrzenia w jej stronę wyszedłem.
Nie czułem żadnej krępacji spowodowanej tym, że fizycznie była
obecnie kobietą. Znałem jej prawdziwą twarz i ta piękna buźka nie mogła mnie
zmylić. Dlatego nie krępowałem się przy używaniu siły względem niej, w ogóle
względem demonów ukrytych w cielesnej postaci. Byłem tym, kto wydawał
polecenia. Byłem ich królem.
Zatrzasnąłem ze sobą drzwi swojej prywatnej komnaty z głuchym
łoskotem. Miałem teraz przynajmniej kilkadziesiąt minut spokoju, aż do
następnego spotkania z nowoprzybyłym gościem. Postanowiłem wykorzystać je na
odpoczynek.
Dokładnie godzinę później wezwałem do siebie zwykłą służącą – co
prawda niemal nie różniły się od moich specjalnych służących, ale wolałem żeby
księżniczka nie miała z nimi zbyt długiego kontakt sam na sam – i kazałem jej
oznajmić dziewczynie, że czekam w jadalni. Że mamy razem zjeść obiad. Zażądałem
również dość wymownie, żeby dziewczyna ubrana była w najlepszą suknię z szafy.
Miała wyglądać oszałamiająco, nie zamierzałem jeść w towarzystwie obdartej
wieśniaczki. Dałem jasno do zrozumienia służącej, że swoim życiem odpowie za
jej strój, tak żeby mieć pewność, że zrobi wszystko co w jej mocy żeby
przekonać księżniczkę.
Sam zaś udałem się do części jadalnej zamku, w południowym
skrzydle, gdzie przy dobrej pogodzie było najcieplej i można nawet powiedzieć,
że z miarę przytulnie jak na moje standardy. Wszedłem do wielkiego, podłużnego
pomieszczenia, w którym stał stół długi na przynajmniej dziesięć metrów, a
szeroki na jedno krzesło. Usiadłem na jego szczycie i czekałem. Jedzenie zaczną
podawać dopiero, kiedy zjawi się księżniczka.
Nienawidzę spóźnialskich panien.
