Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
13.

Przewidywałem, że z nią będzie ciężko. Teraz miałem poświadczenie swoich przypuszczeń, najwidoczniej księżniczka czuła się urażona moim zachowaniem i brakiem manier, których się spodziewa od całego otaczającego ją świata. Te rozkapryszone, wysoko urodzone dziewuchy z Mareaury są chyba najgorszym typem kobiet. Sądzą, że należy im składać pokłony i lizać stopy za to, gdzie się urodziły, a nie za to kim były lub co osiągnęły ciężką pracą. Bo czy ona musiała przepracować choć jeden dzień w swoim życiu? Patrząc na jej dłonie wielce z to wątpiłem. Kobiety nie musiały użerać się nawet z polityką, nie prowadziły wojen, nie odpowiadały przed ludem – nie tylko nie pracowały fizycznie, ale zazwyczaj ich twarz była nieskażona myślą. Były przeznaczone, żeby na nie patrzeć. I czasem, te co ważniejsze po to, żeby mogły przedłużyć linię rodu, zapewnić potomstwo.
Nie mogę pojąć, dlaczego tak rzucała się na fakt, iż została sprzedana. Przecież to czekało ją od poczęcia, od maleńkości uczono ją wszystkiego, co powinna mieć przyszła księżniczka. Przygotowano ją na sprzedaż. Tylko z grzeczności a może jakiegoś trudnego do pojęcia poczucia taktu tego tak nie nazywano. Wyjście za mąż za starszego nawet o trzydzieści lat króla w celu połączenia interesów i zapewnienia królestwu dobrych sojuszników leży na barkach młodych, pięknych dziewczynek, tak przysługują się swojemu krajowi. Brzmi pięknie. Ale to wciąż tylko handel, a że w tym wypadku żywą istotą, to niczego nie zmienia z praktycznego punktu widzenia.
Nie miałem mimo wszystko ochoty tłumaczyć jej tego. Musiała zdawać sobie sprawę z tego, jak działa życie, jak funkcjonują królestwa i jak mało warta jest pojedyncza jednostka w całej machnie, czyli człowiek. A jeśli nie, nie moim zadaniem było ją tego uczyć. Znalazła się tu w zgoła innym celu, a że akurat ja byłem kupcem w tej transakcji… Cóż to zmieniało? Mogła trafić gorzej.
Uśmiechnąłem się niedostrzegalnie pod nosem wraz z nadejściem tej niezbyt trafnej myśli. A może jednak nie mogła?
Uchyliłem powieki na moment, w którym dziewczyna zbierała się z ziemi przy pomocy służącej i opuszczała przestronną salę tronową. Wciąż hulał w niej wiatr wdzierający się przez wybite szyby. Poczułem dreszcz zimna przebiegający mi wzdłuż kręgosłupa. Wróciło wyczerpanie, irytująco kłujące moje kończyny, trzewia i myśli. Na szczęście, kiedy wielkie drzwi się otworzyły, a dwie kobiety wyszły, do środka wstąpiła inna służąca. Rudowłosa, smukła i wysoka, poruszająca się niemal bezszelestnie. W jej oczach na co dzień czaiło się zło, wściekłość i frustracja, ale teraz jeszcze widać w nich było zainteresowanie, kiedy rozglądała się po zniszczonym pomieszczeniu. Bez słowa przeszła salę i z kocią gracją wskoczyła na podest. Zbliżyła się i uklęknęła u moich stóp
— Calista — mruknąłem, obserwując ją spod przymkniętych powiek. Moja ulubiona. Zły uśmiech zagościł na mojej twarzy. Bardzo zły.
Calista w jednym z archaicznych języków oznaczało najpiękniejsza. I trudno byłoby się nie zgodzić. Ale jej piękno było niebezpieczne i nikt o zdrowych zmysłach nie dałby się zwieść – o ile wiedziałby z kim ma do czynienia. Ja wiedziałem.
Nie musiałem nic mówić. Podniosła się z klęczek, wyciągnęła do przodu obie dłonie i położyła je na moich skroniach. Niemal przylgnęła do moich kolan, wyprężyła kręgosłup, czułem jak całe jej ciało spięło się przed niemym zaklęciem. Jaskrawozielone światło zalało mi oczy. Eksplozja bólu, za którym natychmiast podążała przyjemność. Dłonie mi zadrżały, kiedy czar przemknął przez moje ciało. Pierwotna energia wypełniła mnie po końcówki włosów, niemal czułem jak moje ciało się regeneruje. To zaklęcie nie mogło całkowicie przywrócić mi sił, ale pomoże na tyle, żebym mógł się sprawnie poruszać, czysto myśleć i samemu znów używać magii.
Odepchnąłem mocno od siebie służącą, na której szyi wciąż błyszczał szmaragdowy kamień, gdy tylko skończyła mnie leczyć. Żeby nie spaść ze schodków pod wpływem impetu mojego gestu zgrabnie podwinęła stopy i przykucnięta, wylądowała na skraju podestu. Podniosła na mnie rozwścieczone spojrzenie niemal przezroczysto niebieskich źrenic.
— Odbuduj wszystkie okna i usuń skutki niekontrolowanej magii księżniczki, natychmiast — rozkazałem chłodnym głosem, po czym podniosłem się z tronu i bez choćby jeszcze jednego spojrzenia w jej stronę wyszedłem.
Nie czułem żadnej krępacji spowodowanej tym, że fizycznie była obecnie kobietą. Znałem jej prawdziwą twarz i ta piękna buźka nie mogła mnie zmylić. Dlatego nie krępowałem się przy używaniu siły względem niej, w ogóle względem demonów ukrytych w cielesnej postaci. Byłem tym, kto wydawał polecenia. Byłem ich królem.
Zatrzasnąłem ze sobą drzwi swojej prywatnej komnaty z głuchym łoskotem. Miałem teraz przynajmniej kilkadziesiąt minut spokoju, aż do następnego spotkania z nowoprzybyłym gościem. Postanowiłem wykorzystać je na odpoczynek.
Dokładnie godzinę później wezwałem do siebie zwykłą służącą – co prawda niemal nie różniły się od moich specjalnych służących, ale wolałem żeby księżniczka nie miała z nimi zbyt długiego kontakt sam na sam – i kazałem jej oznajmić dziewczynie, że czekam w jadalni. Że mamy razem zjeść obiad. Zażądałem również dość wymownie, żeby dziewczyna ubrana była w najlepszą suknię z szafy. Miała wyglądać oszałamiająco, nie zamierzałem jeść w towarzystwie obdartej wieśniaczki. Dałem jasno do zrozumienia służącej, że swoim życiem odpowie za jej strój, tak żeby mieć pewność, że zrobi wszystko co w jej mocy żeby przekonać księżniczkę.
Sam zaś udałem się do części jadalnej zamku, w południowym skrzydle, gdzie przy dobrej pogodzie było najcieplej i można nawet powiedzieć, że z miarę przytulnie jak na moje standardy. Wszedłem do wielkiego, podłużnego pomieszczenia, w którym stał stół długi na przynajmniej dziesięć metrów, a szeroki na jedno krzesło. Usiadłem na jego szczycie i czekałem. Jedzenie zaczną podawać dopiero, kiedy zjawi się księżniczka.
Nienawidzę spóźnialskich panien.
------------------------------------------------------------------------------------