Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
15.

Głuchy stuk roznosił się po pomieszczeniu wraz z rytmem opadania moich palców na blat. Niecierpliwiłem się. Nie pozwalałem dawać na siebie czekać – jeśli ktoś nie był na czas na umówione ze mną spotkanie, tracił szansę, a jak miałem zły humor to tracił też życie. Fakt, że ta dziewczynka śmie wystawiać mnie na taką próbę był dla mnie nie do przełknięcia.
Okno za moimi plecami wpuszczało do pokoju trochę światła nawet w ten wietrzny, burzowy dzień. Nie odwróciłem się, żeby spojrzeć na widok, znałem go doskonale. Poszarpane góry, ciemnogranatowe albo szare niebo i deszcz bębniący gdzieś w oddali. W jadalni było cicho, ale słyszałem wiele odległych dźwięków – krzątanie się służby w części kuchennej, stłumione krzyki, spieszne kroki na korytarzu. Zamek żył, był wielkim organizmem o złożonej strukturze tkanek i powiązań między nimi, ale to ja byłem jego bijącym sercem.
A teraz czekałem na rozpieszczoną księżniczkę. Palce mocniej zadudniły o stół. I wtedy drzwi do pomieszczenia wreszcie się otworzyły, a w nich ukazała się sama spóźnialska. W jej spojrzeniu było coś, co nie bardzo mi się spodobało. Jakby duma ze swojego spóźnienia, a przecież służąca musiała jej powiedzieć, że nie lubię czekać i że konsekwencje odczuje właśnie ona za każdą przedłużającą się sekundę spóźnienia na umówioną godzinę. Mimo to księżniczka zdawała się niemal tym upajać. Jakby traktowała to co się dzieje dookoła niej i pobyt tutaj jak grę – kto więcej razy odniesie sukces, zwycięża. Ale to tak nie działało. Tutaj wygranym mogłem być tylko ja.
Kiedy tak szła przez długość pomieszczenia, zdążyłem się jej przyglądnąć, tym razem pod innym kątem niż w sali tronowej. Widziałem ją na oczy po raz drugi w życiu i dopiero teraz widać było w niej cień szlachetnie urodzonej kobiety. Tak powinna była ubierać się zawsze, bo tego oczekuje się od kobiet gdy pokazują się publicznie, a zwłaszcza gdy spotykają się ze swoim nowym władcą, który zapewnia im dostatnie życie i pomoc. Pomoc, której jeszcze nie zauważyła konieczności i którą zapewne jeszcze wiele razy od siebie odepchnie. Ale w końcu i tak się złamie. Każdy się łamie.
Nie widziałem potrzeby komentowania jej wyglądu. Skoro wyglądała mniej więcej należycie, nie musiałem tracić śliny żeby jej o tym mówić. Patrzyłem na nią, ale bez tej zaciekłej twardości, jaką ona się obnosiła. Raczej obojętnie wiodłem za nią spojrzeniem, jakby była tylko nieciekawą ozdobą, na którą wypada popatrzeć, głównie dlatego że jest jedyną ozdobą.
Moja cierpliwość, która i tak już wisiała na włosku po jej bezczelnym spóźnieniu, zadrżała niebezpiecznie na dźwięk jej słów. Czy ona mówi poważnie czy to tylko kolejny wybieg z jej strony mający na celu doprowadzenie mnie do złości? Tak czy inaczej, udało się jej to drugie. Przez chwilę niedowierzanie starło się w moich myślach z wściekłością. Wcześniej obojętne spojrzenie zapłonęło ogniem, ściągnąłem gniewnie brwi i nachyliłem się nad stołem w jej stronę. Siedziała blisko, ale nie miała wyboru, bo zastawa była już przygotowana i oczywiście ja wskazałem miejsce, na którym będzie spożywał mój gość
— Eirik Ezael Hav'caaren — odpowiedziałem, starając się hamować złość ale to jedno akurat zawsze mi kiepsko wychodziło. — Nie uczyłaś się historii? Może powiesz od razu, że nie umiesz też czytać i pisać? — zapytałem, starając nie dać po sobie poznać irytacji choć marnie mi to wyszło. — Czy rodzice nauczyli cię czegoś poza haftowaniem, czy tego też nie umiesz? — westchnąłem.
Wyprostowałem się ponownie na krześle, zwiększając tym samym odległość między nami i pstryknąłem palcami. Jak za użyciem czarów – chociaż tym razem nie było w tym nic magicznego, zaledwie odpowiednie wytrenowanie podwładnych – do jadalni weszło równym rządkiem kilkanaście służących i kucharzy niosących wielkie półmisy. Zgrabnie rozstawili wszystko na stole w niecałą minutę, podnieśli kopuły skrywające ciepłe posiłki i skłonili się jak w szwajcarskim zegarku, po czym odeszli tymi samymi drzwiami. Niezłe widowisko, zwłaszcza że nie wydali przy tym ani jednego dźwięku czy słowa, może poza cichym brzęczeniem srebrnych talerzy i szuraniem butów o miękki dywan.
Kuszący zapach rozniósł się po pokoju. Poczułem, że jestem diabelsko głodny
— Jesz ze mną nie dlatego, że mi na tym szczególnie zależy. Zwłaszcza że posiłek w samotności z pewnością byłby przyjemniejszy niż z tobą, nie musisz zachowywać się tak wyniośle — odezwałem się, ujmując w dłonie również srebrne sztućce. Nie patrzyłem w jej stronę, ale obserwowałem ją kątem oka. Wciąż była niebezpieczną bronią, a ja tym razem byłem sam, poza tym trzymanie się na baczności dawno już weszło mi w krew. Wielkim nożem odkroiłem sporą część pieczeni i nałożyłem sobie na talerz. — Zaraz po nim pokażę ci najważniejsze miejsca w zamku i udamy się wreszcie na prawdziwy test twoich umiejętności. Nie jesteś tu na wakacjach, prawda? — zapytałem, tym razem przenosząc spojrzenie prosto na nią i uśmiechając się drapieżnie.
------------------------------------------------------------------------------------