Głuchy stuk roznosił się po pomieszczeniu wraz z rytmem opadania
moich palców na blat. Niecierpliwiłem się. Nie pozwalałem dawać na siebie
czekać – jeśli ktoś nie był na czas na umówione ze mną spotkanie, tracił
szansę, a jak miałem zły humor to tracił też życie. Fakt, że ta dziewczynka
śmie wystawiać mnie na taką próbę był dla mnie nie do przełknięcia.
Okno za moimi plecami wpuszczało do pokoju trochę światła nawet w
ten wietrzny, burzowy dzień. Nie odwróciłem się, żeby spojrzeć na widok, znałem
go doskonale. Poszarpane góry, ciemnogranatowe albo szare niebo i deszcz
bębniący gdzieś w oddali. W jadalni było cicho, ale słyszałem wiele odległych
dźwięków – krzątanie się służby w części kuchennej, stłumione krzyki, spieszne
kroki na korytarzu. Zamek żył, był wielkim organizmem o złożonej strukturze
tkanek i powiązań między nimi, ale to ja byłem jego bijącym sercem.
A teraz czekałem na rozpieszczoną księżniczkę. Palce mocniej
zadudniły o stół. I wtedy drzwi do pomieszczenia wreszcie się otworzyły, a w
nich ukazała się sama spóźnialska. W jej spojrzeniu było coś, co nie bardzo mi
się spodobało. Jakby duma ze swojego spóźnienia, a przecież służąca musiała jej
powiedzieć, że nie lubię czekać i że konsekwencje odczuje właśnie ona za każdą
przedłużającą się sekundę spóźnienia na umówioną godzinę. Mimo to księżniczka
zdawała się niemal tym upajać. Jakby traktowała to co się dzieje dookoła niej i
pobyt tutaj jak grę – kto więcej razy odniesie sukces, zwycięża. Ale to tak nie
działało. Tutaj wygranym mogłem być tylko ja.
Kiedy tak szła przez długość pomieszczenia, zdążyłem się jej
przyglądnąć, tym razem pod innym kątem niż w sali tronowej. Widziałem ją na
oczy po raz drugi w życiu i dopiero teraz widać było w niej cień szlachetnie
urodzonej kobiety. Tak powinna była ubierać się zawsze, bo tego oczekuje się od
kobiet gdy pokazują się publicznie, a zwłaszcza gdy spotykają się ze swoim
nowym władcą, który zapewnia im dostatnie życie i pomoc. Pomoc, której jeszcze
nie zauważyła konieczności i którą zapewne jeszcze wiele razy od siebie
odepchnie. Ale w końcu i tak się złamie. Każdy się łamie.
Nie widziałem potrzeby komentowania jej wyglądu. Skoro wyglądała
mniej więcej należycie, nie musiałem tracić śliny żeby jej o tym mówić.
Patrzyłem na nią, ale bez tej zaciekłej twardości, jaką ona się obnosiła.
Raczej obojętnie wiodłem za nią spojrzeniem, jakby była tylko nieciekawą
ozdobą, na którą wypada popatrzeć, głównie dlatego że jest jedyną ozdobą.
Moja cierpliwość, która i tak już wisiała na włosku po jej
bezczelnym spóźnieniu, zadrżała niebezpiecznie na dźwięk jej słów. Czy ona mówi
poważnie czy to tylko kolejny wybieg z jej strony mający na celu doprowadzenie
mnie do złości? Tak czy inaczej, udało się jej to drugie. Przez chwilę
niedowierzanie starło się w moich myślach z wściekłością. Wcześniej obojętne
spojrzenie zapłonęło ogniem, ściągnąłem gniewnie brwi i nachyliłem się nad
stołem w jej stronę. Siedziała blisko, ale nie miała wyboru, bo zastawa była
już przygotowana i oczywiście ja wskazałem miejsce, na którym będzie spożywał
mój gość
— Eirik Ezael Hav'caaren — odpowiedziałem, starając się hamować
złość ale to jedno akurat zawsze mi kiepsko wychodziło. — Nie uczyłaś się
historii? Może powiesz od razu, że nie umiesz też czytać i pisać? — zapytałem,
starając nie dać po sobie poznać irytacji choć marnie mi to wyszło. — Czy
rodzice nauczyli cię czegoś poza haftowaniem, czy tego też nie umiesz? —
westchnąłem.
Wyprostowałem się ponownie na krześle, zwiększając tym samym
odległość między nami i pstryknąłem palcami. Jak za użyciem czarów – chociaż
tym razem nie było w tym nic magicznego, zaledwie odpowiednie wytrenowanie
podwładnych – do jadalni weszło równym rządkiem kilkanaście służących i
kucharzy niosących wielkie półmisy. Zgrabnie rozstawili wszystko na stole w
niecałą minutę, podnieśli kopuły skrywające ciepłe posiłki i skłonili się jak w
szwajcarskim zegarku, po czym odeszli tymi samymi drzwiami. Niezłe widowisko,
zwłaszcza że nie wydali przy tym ani jednego dźwięku czy słowa, może poza
cichym brzęczeniem srebrnych talerzy i szuraniem butów o miękki dywan.
Kuszący zapach rozniósł się po pokoju. Poczułem, że jestem
diabelsko głodny
— Jesz ze mną nie dlatego, że mi na tym szczególnie zależy.
Zwłaszcza że posiłek w samotności z pewnością byłby przyjemniejszy niż z tobą,
nie musisz zachowywać się tak wyniośle — odezwałem się, ujmując w dłonie
również srebrne sztućce. Nie patrzyłem w jej stronę, ale obserwowałem ją kątem
oka. Wciąż była niebezpieczną bronią, a ja tym razem byłem sam, poza tym
trzymanie się na baczności dawno już weszło mi w krew. Wielkim nożem odkroiłem
sporą część pieczeni i nałożyłem sobie na talerz. — Zaraz po nim pokażę ci
najważniejsze miejsca w zamku i udamy się wreszcie na prawdziwy test twoich
umiejętności. Nie jesteś tu na wakacjach, prawda? — zapytałem, tym razem
przenosząc spojrzenie prosto na nią i uśmiechając się drapieżnie.
