Nie starałem się doszukać gdzieś w głębi siebie ciekawości
wyglądu księżniczki. Interesował mnie tylko jej dar. Po prostu czekałem, choć
do czekania nie byłem nawykły. To było kilkadziesiąt sekund, może kilka minut,
kiedy służąca wyszła i zaprosiła do środka mojego nowego gościa. Przymusowego gościa. Kogoś, kogo w żadnym razie nie miałem
zamiaru traktować z jakimś przywilejem, mimo że tym razem był to ktoś całkiem
nieźle urodzony. Ale to tylko krew. To nie charakter ani nie siła, to nie
determinacja ani nie potęga. To tylko zbieg okoliczności, gdzie się urodziłeś.
Nikt, kto nie był potężny nie mógł mi w żaden sposób zaimponować. Córka, te
same geny. Tchórzliwe państwo położone w łagodnym klimacie, gdzie królowie
tylko tyli i oddawali się coraz liczniejszym rozpustom.
W końcu moim oczom ukazała się księżniczka Maraeury. Odziana w
beznadziejnie zniszczoną sukienkę, co zaalarmowało we mnie od razu brak
szacunku i pogardę z jej strony. Miała szaty, niezliczoną ilość kreacji w
licznych garderobach, ale postanowiła pokazać się przede mną w wytartych
łachach jak kobieta żebrząca o okruchy zgniłego chleba na ulicach, a nie
księżniczka posiadająca destrukcyjną moc. Kiedy szła, pozwoliłem sobie na
przyglądnięcie się jej. Dokładne. Moje czuje spojrzenie wychwyciło od razu
kilka drobnych detali, które od razu zaważyły na całości postrzegania jej. Nie
tylko obszarpana sukienka, ale też drobna postura, szerokie biodra, których
oczekuje się od dojnych krów mających zapewnić liczne potomstwo i przedłużenie
linii jakiemuś zblazowanemu staremu królowi mniej znanego kraju. Bo przecież
była tylko kobietą i nie mogła dziedziczyć władzy w państwie. Zacięty wyraz
twarzy sugerujący tępy upór. Dostojny krok, jak przystało na kogoś o takim
pochodzeniu. A jednak wolny, jakby szła z ociąganiem i kazała mi tylko czekać,
jakby chciała żebym napatrzył się na nią zanim dojdzie do prawdziwej
konfrontacji. Przyzwyczajona do posłuchu, pusta laleczka wychowana w gronie
usługujących jej służek i dam dworu. Do adoratorów prawiących jej liczne
komplementy, kiedy wszystko czego chcieli to władza jaką mógł zapewnić taki
mariaż.
Nie powstrzymałem jadowitego uśmiechu, który powoli wślizgnął się
na moje usta. Był przyprawiający o dreszcze, raczej upiorny i nie wróżący
niczego dobrego. Patrzyłem na nią z góry, kiedy zatrzymała się i ukłoniła jak
na księżniczkę przystało. A jednak, może czegoś jej tam nauczyli. Tyle że
gapiła się na mnie bez odwracania wzroku. Sam również nie przenosiłem go
nigdzie na bok, wciąż patrzyłem na nią tym samym, chłodnym spojrzeniem. Nie
ruszałem się i oddychałem bardzo cicho, musiałem wyglądać jak posąg wykuty z
kamienia a nie żywa osoba z bijącym sercem. Być może ono było już z kamienia.
Miała ładną twarz o szlachetnych rysach. Ale piękno jej się tutaj
na nic nie przyda. Jeśli okaże się słaba i nie będzie umiała dostosować się do
mojej woli, nie zostanie tu dłużej niż to konieczne. Mówiąc „tu” miałem
oczywiście na myśli „na tym świecie”. Nie będę musiał jej zabijać. Jej
destrukcyjne możliwości pożrą ją od środka kawałek po kawałku. Ale postanowiłem
jej póki co tego nie mówić. Cisza się przedłużała, ale czerpałem z niej radość
jako ta strona, która wie więcej i rozumie całość sytuacji, podczas gdy
dziewczyna nie widziała nie mogła rozumieć nawet skrawka tego, co się dzieje mimo
że była główną osią wydarzeń
— Spieszę z wyjaśnieniami, księżniczko — wycedziłem wreszcie
przez zaciśnięte zęby w odpowiedzi na jej słowa. — Jesteś na zamku królewskim
Iudicium. Zamieszkasz tu, mam wobec ciebie plany i jako twój nowy władca wymagam
od ciebie posłuszeństwa — mówiłem dalej tym samym złym, cichym głosem, który
ciął powietrze jak najlepsza stal.
Mogę zdenerwować ten pojemnik na moc, który stał przede mną, mogę
sprowokować ją do wybuchu. Choć nie odrywałem wciąż przenikliwego wzroku od
dziewczyny, wiedziałem, że w cieniu przy drzwiach stoi ta służąca, która
wcześniej zaprosiła księżniczkę do środka. Moja najlepsza pomoc. Kiedy tu
stała, nie musiałem obawiać się niekontrolowanych wybuchów złości dziewczyny i
jej niemożności zapanowania nad magią, która tłoczyła się w niej nawet teraz.
Czułem ją. Pulsowała od drobnej sylwetki dziewczyny, pierwotna,
potężna mimo że teraz jeszcze uwięziona. Zniewalająca, mimo że ukryta i
tłumiona. Czułem ją całym ciałem i pragnąłem ją mieć dla siebie, chociaż
wiedziałem, że nigdy nie będzie prawdziwie moja, nigdy nie będzie wypełniać
moich żył i płynąć ode mnie, tylko przeze mnie. Ale wykorzystam ją. Tak, jak wykorzystuję moc demonów.
— Miło chyba znów widzieć żywych ludzi po tak długiej przerwie? — zapytałem z pozoru niewinnie po krótkiej pauzie. I mój uśmiech poszerzył się jeszcze znacznie, rysując na mojej twarzy dość upiorny obrazek.
— Miło chyba znów widzieć żywych ludzi po tak długiej przerwie? — zapytałem z pozoru niewinnie po krótkiej pauzie. I mój uśmiech poszerzył się jeszcze znacznie, rysując na mojej twarzy dość upiorny obrazek.
Delikatnie dałem jej znać, że wiem o niej niemal wszystko, tak
samo jak o tej całej sytuacji, podczas gdy ona nie ma pojęcia o niczym.
Podkreśliłem ledwo zauważalnie, że to ja tutaj rządzę. Bo o tym, że księżniczka
była więziona przez trzy lata wiedzieli nieliczni nawet w samej Mareaurze.
Spojrzenie miała twarde jak stal. To powodowało, że jeszcze
bardziej chciałem ją złamać.
