Dosłownie
chwilę po wypowiedzianej przez siebie prośbie, zaczęłam srogo żałować tak
lekkomyślnego postępowania. Nie trzeba było być żadnym wyrafinowanym
obserwatorem, by móc dostrzec bezczelny, pełen satysfakcji uśmiech króla
Eirika, który wyraźnie rozkoszował się słowami, jakie chwilę temu opuściły moje
gardło. Proszący ton wywołał w jego niebiesko-zielonych tęczówkach zauważalne
szaleństwo, jakby chore zadowolenie faktem, że wreszcie się tego doczekał od
mej osoby, która w jego oczach była tylko kolejną bezmózgą księżniczką,
marnującą tak silną potęgę, jaka płynęła w jej żyłach. Blondyn niezaprzeczalnie
sprawiał wrażenie osoby, która łatwo nie odpuszczała swoim ofiarom. Powoli,
krok po kroku, wyniszczał każdą, by następnie doczekać się nieludzkiej
satysfakcji z tkliwego błagania, wręcz skomlenia. Brzydziła mnie wizja jego
morderczej strony, której nie dane mi było jeszcze dostrzec. Modliłam się
skrycie do bogów, bym nigdy nie znalazła się w sytuacji, gdy będę musiała
uniżyć się przed tym apodyktycznym cholerykiem; obawiałam się jednak, że w
obecnym położeniu nie mogłam zbyt wiele oczekiwać.
Z mocno
bijącym sercem obserwowałam poczynania mężczyzny, jakby kompletnie zapominając
o rozdzierającym bólu i krwawiącej nienaturalnie dłoni. Choć zabrzmi to
śmiesznie, to prócz wyraźnego strachu, czułam też pewnego rodzaju...
zafascynowanie? Ekscytację? Sama nie wiedziałam jak powinnam nazwać dziwne
uczucie rosnące w dole żołądka, zapuszczające swe korzenie na tyle głęboko, że
sięgało kruchych żeber i ściskało je do tego stopnia, iż brakło mi tchu.
Blondyn był dla mnie osobą nieodczytaną, pełną sprzeczności i niejasności.
Pozornie udało mi się w głowie wykreować szkic jego despotycznej osobowości,
aczkolwiek nadal nie potrafiłam przewidzieć jego poszczególnych poczynań,
reakcji. Musiałam mieć go pod ciągłą obserwacją, uważać na każdy, niewinny ruch
wykonany w stronę mej zagubionej osoby. Nie mogłam od tak dać się podejść,
jednakże nie było to łatwe, gdy nie miałam najmniejszej świadomości odnośnie
tego, z czym i jakim człowiekiem się mierzyłam.
Moment, w
którym władca Iudicium podniósł się z krzesła i za pomocą jednego małego kroku
znalazł się tuż obok mnie, z pewnością na długo zakorzeni się w mej czaszce.
Mięśnie mego ciała nieświadomie napięły się, jakby gotowe odeprzeć jakiś
nieprzewidziany atak, z kolei oddech zatrzymał się mocno w płucach, w obawie,
iż najmniejsze westchnięcie mogłoby zagłuszyć jakiś istotny fakt, którego nie
mogłabym pominąć. Wyostrzony, intensywny wzrok stalowo-błękitnych oczu skupił
się na twarzy króla, z której nie schodził ten drażniący uśmiech. Miałam
ogromną, nieodpartą ochotę własnoręcznie go zedrzeć z jego szyderczej twarzy,
co było tylko marnym snem, gdyż widoczne znieruchomienie ciała nie porwałoby
się na ten akt przeciwstawienia się. Blondyn przez chwilę, która wydawała się
być wiecznością, górował nad mą osobą, jakby chcąc pokazać kto z naszej dwójki
posiada tutaj istotną władzę. Zaraz po tym, jego chłodne palce ponowie
odnalazły mą dłoń, a ja niczym szmaciana laleczka zastałam poderwana na równe
nogi; zrobił to bez najmniejszego wysiłku. Biała chustka poplamiona hebanową
czernią opadła bezwładnie na twardą posadzkę zupełnie jak ptasie pióro, a
świeża krew spłynęła po ręce Hav'caarena (zabij
mnie, jeśli znowu coś pochrzaniłam w odmianie .3.), oplatając
natychmiastowo jego skórę niczym bluszcz pnący się ku światłu. Bliskość naszych
ciał była wysoce niestosowna, zważając na fakt nie tylko panujących między nami
relacji, ale także długość naszej znajomości. Niepojęta więź, jaka się
wytworzyła, intymność, której granice nie powinny zostać przekroczone - to
wszystko było przerażające. Jakiekolwiek stosowanie magii stanowiło ogromne
zagrożenie; to tak jakbym stanęła przed blondynem zupełnie naga i bezbronna,
pozbawiona wszelkich murów obronnych. Był to moment, w którym żadne z nas
nie mogło nic przed sobą ukryć, prawdy wychodziły na jaw, a uczucia buchały żywym
ogniem, paląc do cna nasze trzewia. Wzroki przeplatały się ze sobą, a oczy
niczym zwierciadła duszy ukazywały wszystko to, co pragnęliśmy przed sobą
ukryć. Czułam dość nieprzyjemne mrowienie w okolicach uścisku naszych dłoni i
tak naprawdę nie potrafiłam określić, czy było to moje uczucie, czy może też
króla Eirika; zupełnie jakby w tamtym momencie nasze ciała stały się jednością.
Drobne ciepło pojawiło się w okolicach rany, wiedziałam, że rozcięcie powoli
zaczyna się zrastać i znikać przecząc wszelkim prawom logiki, aczkolwiek jedyne
na czym byłam w stanie się skupić w tamtym momencie były niebiesko-zielone
oczy. To co w nich dostrzegłam... Jawne szaleństwo, chory głód, nieposkromiona
rządza, a także fascynacja moim wynaturzeniem. Wzrok najprawdziwszej bestii,
kierującej się swymi dzikimi instynktami.
Nie wiem,
czy większy szok wywołała we mnie kolejna silna więź, czy może to, co
dostrzegłam w głębi osoby władcy Iudicium, jednak nie byłam w stanie ukryć
swego silnego zagubienia. Podczas, gdy blondyn bez słowa puścił mą rękę i
spokojnie wrócił na swe miejsce, ja nadal stałam nieruchomo, z dłonią uniesioną
w powietrzu. Wytworzona przez magię intymność zniknęła, zatarła się niczym
nietrwały atrament, pozostawiając mnie z dziwacznym uczuciem samotności.
- Jak
wspomniałam - to pierwsza taka sytuacja - mruknęłam nieco zirytowana
lekceważącą postawą króla, który najwyraźniej nie słuchał moich wcześniejszych
wyjaśnień. Przyjrzałam się dokładnie wewnętrznej stronie dłoni; przesunęłam
opuszkami palców wzdłuż ciągnącej się linii życia. Zero jakiekolwiek śladu
rany, czy chociażby blizny. Jedynym wspomnieniem po niedawnym nieszczęśliwym
wypadku była czarna, zaschnięta krew. Fascynujące.
Trwająca
między nami chwila ciszy stanowiła błogi odpoczynek dla mych skołatanych myśli,
jednak wszystko to zniknęło jak za dotknięciem magicznej różdżki, gdy tylko sam
gospodarz poruszył swymi pulchnymi ustami. Jego słowa podziałały na mnie niczym
kubeł zimnej wody; ręka automatycznie opadła wzdłuż tułowia, a czoło przecięła
drobna zmarszczka, będąca wynikiem zmarszczenia brwi. Ściągnęłam usta w lekki
dziubek, spoglądając sugestywnie w kierunku ogromnych wrót, postanawiając
puścić pytanie króla mimo uszu. Nie było mowy, bym dała mu tą cholerną
satysfakcję i odpowiedziała na ten zaczepny uśmiech.
- O ile
pamięć mnie nie myli, mieliśmy zwiedzić zamek, czyż nie? - odparłam ze stoickim
spokojem, kierując swe kroki ku wyjściu z jadalni. Czułam palące spojrzenie na
plecach i mentalnie widziałam, jak satysfakcja władcy mą reakcją wskakuje na
coraz to wyższy poziom. Uniosłam oczy ku niebu, i niemo przeklęłam pod nosem,
wykorzystując fakt, że stałam odwrócona tyłem do blondyna.
- Możemy? -
spytałam po chwili niewinnie, odwracając się przez ramię. Uniesiona lekko brew
miała na celu zatuszować lekkie zażenowanie faktem, iż świadomość dała mi do
zrozumienia, że za cholerę nie wiedziałam dokąd się udać, a bezmyślnie
wysunęłam się "na prowadzenie". Zgryzłam delikatnie wnętrze policzka,
błagając w myślach, by na twarz władcy nie wpłynął ten pogardliwy uśmieszek,
podsumowujący całość mej wrodzonej lekkomyślności.
