Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
20.

Dosłownie chwilę po wypowiedzianej przez siebie prośbie, zaczęłam srogo żałować tak lekkomyślnego postępowania. Nie trzeba było być żadnym wyrafinowanym obserwatorem, by móc dostrzec bezczelny, pełen satysfakcji uśmiech króla Eirika, który wyraźnie rozkoszował się słowami, jakie chwilę temu opuściły moje gardło. Proszący ton wywołał w jego niebiesko-zielonych tęczówkach zauważalne szaleństwo, jakby chore zadowolenie faktem, że wreszcie się tego doczekał od mej osoby, która w jego oczach była tylko kolejną bezmózgą księżniczką, marnującą tak silną potęgę, jaka płynęła w jej żyłach. Blondyn niezaprzeczalnie sprawiał wrażenie osoby, która łatwo nie odpuszczała swoim ofiarom. Powoli, krok po kroku, wyniszczał każdą, by następnie doczekać się nieludzkiej satysfakcji z tkliwego błagania, wręcz skomlenia. Brzydziła mnie wizja jego morderczej strony, której nie dane mi było jeszcze dostrzec. Modliłam się skrycie do bogów, bym nigdy nie znalazła się w sytuacji, gdy będę musiała uniżyć się przed tym apodyktycznym cholerykiem; obawiałam się jednak, że w obecnym położeniu nie mogłam zbyt wiele oczekiwać.
Z mocno bijącym sercem obserwowałam poczynania mężczyzny, jakby kompletnie zapominając o rozdzierającym bólu i krwawiącej nienaturalnie dłoni. Choć zabrzmi to śmiesznie, to prócz wyraźnego strachu, czułam też pewnego rodzaju... zafascynowanie? Ekscytację? Sama nie wiedziałam jak powinnam nazwać dziwne uczucie rosnące w dole żołądka, zapuszczające swe korzenie na tyle głęboko, że sięgało kruchych żeber i ściskało je do tego stopnia, iż brakło mi tchu. Blondyn był dla mnie osobą nieodczytaną, pełną sprzeczności i niejasności. Pozornie udało mi się w głowie wykreować szkic jego despotycznej osobowości, aczkolwiek nadal nie potrafiłam przewidzieć jego poszczególnych poczynań, reakcji. Musiałam mieć go pod ciągłą obserwacją, uważać na każdy, niewinny ruch wykonany w stronę mej zagubionej osoby. Nie mogłam od tak dać się podejść, jednakże nie było to łatwe, gdy nie miałam najmniejszej świadomości odnośnie tego, z czym i jakim człowiekiem się mierzyłam.
Moment, w którym władca Iudicium podniósł się z krzesła i za pomocą jednego małego kroku znalazł się tuż obok mnie, z pewnością na długo zakorzeni się w mej czaszce. Mięśnie mego ciała nieświadomie napięły się, jakby gotowe odeprzeć jakiś nieprzewidziany atak, z kolei oddech zatrzymał się mocno w płucach, w obawie, iż najmniejsze westchnięcie mogłoby zagłuszyć jakiś istotny fakt, którego nie mogłabym pominąć. Wyostrzony, intensywny wzrok stalowo-błękitnych oczu skupił się na twarzy króla, z której nie schodził ten drażniący uśmiech. Miałam ogromną, nieodpartą ochotę własnoręcznie go zedrzeć z jego szyderczej twarzy, co było tylko marnym snem, gdyż widoczne znieruchomienie ciała nie porwałoby się na ten akt przeciwstawienia się. Blondyn przez chwilę, która wydawała się być wiecznością, górował nad mą osobą, jakby chcąc pokazać kto z naszej dwójki posiada tutaj istotną władzę. Zaraz po tym, jego chłodne palce ponowie odnalazły mą dłoń, a ja niczym szmaciana laleczka zastałam poderwana na równe nogi; zrobił to bez najmniejszego wysiłku. Biała chustka poplamiona hebanową czernią opadła bezwładnie na twardą posadzkę zupełnie jak ptasie pióro, a świeża krew spłynęła po ręce Hav'caarena (zabij mnie, jeśli znowu coś pochrzaniłam w odmianie .3.), oplatając natychmiastowo jego skórę niczym bluszcz pnący się ku światłu. Bliskość naszych ciał była wysoce niestosowna, zważając na fakt nie tylko panujących między nami relacji, ale także długość naszej znajomości. Niepojęta więź, jaka się wytworzyła, intymność, której granice nie powinny zostać przekroczone - to wszystko było przerażające. Jakiekolwiek stosowanie magii stanowiło ogromne zagrożenie; to tak jakbym stanęła przed blondynem zupełnie naga i bezbronna, pozbawiona wszelkich murów obronnych. Był to moment, w  którym żadne z nas nie mogło nic przed sobą ukryć, prawdy wychodziły na jaw, a uczucia buchały żywym ogniem, paląc do cna nasze trzewia. Wzroki przeplatały się ze sobą, a oczy niczym zwierciadła duszy ukazywały wszystko to, co pragnęliśmy przed sobą ukryć. Czułam dość nieprzyjemne mrowienie w okolicach uścisku naszych dłoni i tak naprawdę nie potrafiłam określić, czy było to moje uczucie, czy może też króla Eirika; zupełnie jakby w tamtym momencie nasze ciała stały się jednością. Drobne ciepło pojawiło się w okolicach rany, wiedziałam, że rozcięcie powoli zaczyna się zrastać i znikać przecząc wszelkim prawom logiki, aczkolwiek jedyne na czym byłam w stanie się skupić w tamtym momencie były niebiesko-zielone oczy. To co w nich dostrzegłam... Jawne szaleństwo, chory głód, nieposkromiona rządza, a także fascynacja moim wynaturzeniem. Wzrok najprawdziwszej bestii, kierującej się swymi dzikimi instynktami.
Nie wiem, czy większy szok wywołała we mnie kolejna silna więź, czy może to, co dostrzegłam w głębi osoby władcy Iudicium, jednak nie byłam w stanie ukryć swego silnego zagubienia. Podczas, gdy blondyn bez słowa puścił mą rękę i spokojnie wrócił na swe miejsce, ja nadal stałam nieruchomo, z dłonią uniesioną w powietrzu. Wytworzona przez magię intymność zniknęła, zatarła się niczym nietrwały atrament, pozostawiając mnie z dziwacznym uczuciem samotności.
- Jak wspomniałam - to pierwsza taka sytuacja - mruknęłam nieco zirytowana lekceważącą postawą króla, który najwyraźniej nie słuchał moich wcześniejszych wyjaśnień. Przyjrzałam się dokładnie wewnętrznej stronie dłoni; przesunęłam opuszkami palców wzdłuż ciągnącej się linii życia. Zero jakiekolwiek śladu rany, czy chociażby blizny. Jedynym wspomnieniem po niedawnym nieszczęśliwym wypadku była czarna, zaschnięta krew. Fascynujące.
Trwająca między nami chwila ciszy stanowiła błogi odpoczynek dla mych skołatanych myśli, jednak wszystko to zniknęło jak za dotknięciem magicznej różdżki, gdy tylko sam gospodarz poruszył swymi pulchnymi ustami. Jego słowa podziałały na mnie niczym kubeł zimnej wody; ręka automatycznie opadła wzdłuż tułowia, a czoło przecięła drobna zmarszczka, będąca wynikiem zmarszczenia brwi. Ściągnęłam usta w lekki dziubek, spoglądając sugestywnie w kierunku ogromnych wrót, postanawiając puścić pytanie króla mimo uszu. Nie było mowy, bym dała mu tą cholerną satysfakcję i odpowiedziała na ten zaczepny uśmiech.
- O ile pamięć mnie nie myli, mieliśmy zwiedzić zamek, czyż nie? - odparłam ze stoickim spokojem, kierując swe kroki ku wyjściu z jadalni. Czułam palące spojrzenie na plecach i mentalnie widziałam, jak satysfakcja władcy mą reakcją wskakuje na coraz to wyższy poziom. Uniosłam oczy ku niebu, i niemo przeklęłam pod nosem, wykorzystując fakt, że stałam odwrócona tyłem do blondyna.
- Możemy? - spytałam po chwili niewinnie, odwracając się przez ramię. Uniesiona lekko brew miała na celu zatuszować lekkie zażenowanie faktem, iż świadomość dała mi do zrozumienia, że za cholerę nie wiedziałam dokąd się udać, a bezmyślnie wysunęłam się "na prowadzenie". Zgryzłam delikatnie wnętrze policzka, błagając w myślach, by na twarz władcy nie wpłynął ten pogardliwy uśmieszek, podsumowujący całość mej wrodzonej lekkomyślności.
------------------------------------------------------------------------------------