Moje spojrzenie pozostawało przez cały czas zawieszone na
księżniczce, a z ust nie schodził mi uśmiech. Chociaż wciąż kłębiły się we mnie
czarne chmury irytacji i złości jej brakiem poszanowania dla mnie i
najprawdopodobniej również dla Mocy, to dzięki tej niemal niezauważalnej
prośbie dziewczyny pojawił się też promień mojego zwyczajnej pewności siebie i
zadowolenie z kontroli nad sytuacją. Nie wiem, jak mogłem dopuścić do tego,
żeby ta dziewczyna chociaż na chwilę przejęła panowanie nad moją złością i
zawiścią. Ale obawiałem się, że to nie ostatni raz, kiedy to się stanie. A nie
miałem jak jej utemperować – chciałem czy nie, była moją nadzieją do potęgi i
była zbyt cenna abym mógł się nad nią pastwić tylko po to, żeby jej udowodnić
kto tu jest naprawdę silny, nie tylko w gębie.
Widziałem, jak przygląda się uleczonej dłoni. Moje spojrzenie
utkwiło na dłużej na skrzepłej krwi i niemal odruchowo zacisnąłem swoją dłoń
również pokrytą czarną mazią pod blatem stołu, przy którym siedziałem.
Księżniczka Cataleya była jawnie zainteresowana. Czyżby sądziła, że magia – a
przynajmniej pochodząca ode mnie – może służyć tylko zniszczeniom i zarazom?
Nie odpowiedziała na moje pytanie, w dość oczywisty sposób
zmieniając temat. Nie naciskałem, bo i tak miałem już panowanie nad sytuacją i
kontrolę nad tą rozmową niemal ściśniętą w dłoni. Odprowadziłem ją spojrzeniem
aż pod wielkie wrota, przy których przystanęła, a po chwili odwróciła się w
moją stronę profilem. Nawet z tej odległości, nawet ja, mógłbym bez pytania
stwierdzić, że zaiste w jej żyłach płynęła królewska krew. Może rozcieńczona i
rozrzedzona brudnymi domieszkami Mareaury, ale wciąż wyróżniająca ją na tle innych
kobiet. Miękkie rysy, lekko zadarty nos, ale nie jak wieśniaczki, lecz w bardzo
szlachetny sposób. Nadmorska uroda, cechująca jej rodzinny kraj.
— Możemy — odpowiedziałem chłodno, ale to był mój zwyczajny ton
głosu.
Podniosłem się wolno z miejsca, na ułamek sekundy spuszczając
spojrzenie na kilka błyszczących kropel czarnej krwi spoczywających na blacie
dębowego stołu. Nie mogłem. Nie przy niej. Stłumiłem westchnięcie i ruszyłem
majestatycznym krokiem godnym króla wzdłuż stołu, aż w końcu zrównałem się z
dziewczyną, a po chwili wyprzedziłem, nie zatrzymując się u jej boku i nie
czekając, aż zbierze się aby iść ze mną. Zdaje się, że już zauważyła, że nie
będę się tu zachowywał jak jeden z adoratorów w jej ojczystym kraju, których
pewnie miała na pęczki na każde zawołanie. Że nie będę traktował jej jak
księżniczki, która nie może się spocić, nie może zbyt zgłodnieć ani znudzić
jakimś zajęciem. Której nie może stać się krzywda.
Stłumiłem to ostatnie uczucie, chociaż było najbardziej kuszące.
Zdecydowanym gestem pchnąłem skrzydło drzwi i wyszedłem na korytarz, a
dziewczyna podążyła za mną. Był pusty, co o tej porze było normalne, bo wszyscy
służący krzątali się albo przy sprzątaniu, albo przygotowywaniu kolacji. W
każdym razie każdy miał coś do roboty i nikt nie pałętał mi się pod nogami,
łażąc bez celu korytarzami. Było tu też odczuwalnie chłodniej. Jadalnia
ogrzewana była ogniem buchającym w kominku, poza tym zawsze było tam cieplej ze
względu na przebywające w niej osoby i bliskość kuchni, w której nieustannie
coś gotowano i podnoszono temperaturę. Ostry, górski klimat przenikał przez
grube mury zamku i wdzierał się do środka. Wielkimi krokami zbliżała się zima,
najtrudniejszy do przeżycia okres w górach
— Następnym razem lepiej ubierz coś na ramiona. W zamku nie
będzie już cieplej o ej porze roku — rzuciłem od niechcenia, kiedy się ze mną
zrównała. Mogło to wyglądać tak, jakbym się troszczył o jej zdrowie, ale
przyczyna była zgoła inna. Jeśli rozłoży ją choroba, nie będzie mogła szlifować
Mocy, a moja potęga odsunie się ode mnie w czasie.
Szliśmy szybko, stawiałem długie kroki, a stukot obcasów naszych
butów odbijał się echem od ścian korytarza. Minęliśmy część kuchenną, ale jej
nie skomentowałem ani słowem. Tam księżniczka na pewno nigdy nie zaglądnie.
Zatrzymałem się dopiero, gdy znaleźliśmy się we wschodniej części, w nieco
większej sali, z której rozchodziły się promieniście drzwi.
— To jest główna Sala Wejściowa. Stąd za każdym razem będziesz
wchodzić do laboratoriów i sal treningowych — wytłumaczyłem lakonicznie. Trochę
denerwowało mnie to, że muszę ją sam oprowadzić po zamku, ale musiałem mieć
pewność, że jej wymówką na ewentualne spóźnienie nie będzie to, że ktoś jej nie
pokazał dokąd ma się udać. — Chodźmy — dodałem od razu, kierując się do jednych
z drzwi i tamtędy wchodząc do pomieszczenia na planie okręgu o średnicy nie
większej niż cztery metry. Wzdłuż ściany wspinały się strome schody bez
barierki. Spojrzałem na nią z ukosa, uśmiechając się jednocześnie pod nosem
ironicznie. — Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości. A o twojej kondycji
przekonam się już za chwilę — zakończyłem, po czym otwartą dłonią w groteskowej
formie grzeczności wskazałem jej na wejście na schody. — Panie przodem. Przed
nami trzysta pięćdziesiąt trzy stopnie.
