Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
21.



Moje spojrzenie pozostawało przez cały czas zawieszone na księżniczce, a z ust nie schodził mi uśmiech. Chociaż wciąż kłębiły się we mnie czarne chmury irytacji i złości jej brakiem poszanowania dla mnie i najprawdopodobniej również dla Mocy, to dzięki tej niemal niezauważalnej prośbie dziewczyny pojawił się też promień mojego zwyczajnej pewności siebie i zadowolenie z kontroli nad sytuacją. Nie wiem, jak mogłem dopuścić do tego, żeby ta dziewczyna chociaż na chwilę przejęła panowanie nad moją złością i zawiścią. Ale obawiałem się, że to nie ostatni raz, kiedy to się stanie. A nie miałem jak jej utemperować – chciałem czy nie, była moją nadzieją do potęgi i była zbyt cenna abym mógł się nad nią pastwić tylko po to, żeby jej udowodnić kto tu jest naprawdę silny, nie tylko w gębie.
Widziałem, jak przygląda się uleczonej dłoni. Moje spojrzenie utkwiło na dłużej na skrzepłej krwi i niemal odruchowo zacisnąłem swoją dłoń również pokrytą czarną mazią pod blatem stołu, przy którym siedziałem. Księżniczka Cataleya była jawnie zainteresowana. Czyżby sądziła, że magia – a przynajmniej pochodząca ode mnie – może służyć tylko zniszczeniom i zarazom?
Nie odpowiedziała na moje pytanie, w dość oczywisty sposób zmieniając temat. Nie naciskałem, bo i tak miałem już panowanie nad sytuacją i kontrolę nad tą rozmową niemal ściśniętą w dłoni. Odprowadziłem ją spojrzeniem aż pod wielkie wrota, przy których przystanęła, a po chwili odwróciła się w moją stronę profilem. Nawet z tej odległości, nawet ja, mógłbym bez pytania stwierdzić, że zaiste w jej żyłach płynęła królewska krew. Może rozcieńczona i rozrzedzona brudnymi domieszkami Mareaury, ale wciąż wyróżniająca ją na tle innych kobiet. Miękkie rysy, lekko zadarty nos, ale nie jak wieśniaczki, lecz w bardzo szlachetny sposób. Nadmorska uroda, cechująca jej rodzinny kraj.
— Możemy — odpowiedziałem chłodno, ale to był mój zwyczajny ton głosu.
Podniosłem się wolno z miejsca, na ułamek sekundy spuszczając spojrzenie na kilka błyszczących kropel czarnej krwi spoczywających na blacie dębowego stołu. Nie mogłem. Nie przy niej. Stłumiłem westchnięcie i ruszyłem majestatycznym krokiem godnym króla wzdłuż stołu, aż w końcu zrównałem się z dziewczyną, a po chwili wyprzedziłem, nie zatrzymując się u jej boku i nie czekając, aż zbierze się aby iść ze mną. Zdaje się, że już zauważyła, że nie będę się tu zachowywał jak jeden z adoratorów w jej ojczystym kraju, których pewnie miała na pęczki na każde zawołanie. Że nie będę traktował jej jak księżniczki, która nie może się spocić, nie może zbyt zgłodnieć ani znudzić jakimś zajęciem. Której nie może stać się krzywda.
Stłumiłem to ostatnie uczucie, chociaż było najbardziej kuszące. Zdecydowanym gestem pchnąłem skrzydło drzwi i wyszedłem na korytarz, a dziewczyna podążyła za mną. Był pusty, co o tej porze było normalne, bo wszyscy służący krzątali się albo przy sprzątaniu, albo przygotowywaniu kolacji. W każdym razie każdy miał coś do roboty i nikt nie pałętał mi się pod nogami, łażąc bez celu korytarzami. Było tu też odczuwalnie chłodniej. Jadalnia ogrzewana była ogniem buchającym w kominku, poza tym zawsze było tam cieplej ze względu na przebywające w niej osoby i bliskość kuchni, w której nieustannie coś gotowano i podnoszono temperaturę. Ostry, górski klimat przenikał przez grube mury zamku i wdzierał się do środka. Wielkimi krokami zbliżała się zima, najtrudniejszy do przeżycia okres w górach
— Następnym razem lepiej ubierz coś na ramiona. W zamku nie będzie już cieplej o ej porze roku — rzuciłem od niechcenia, kiedy się ze mną zrównała. Mogło to wyglądać tak, jakbym się troszczył o jej zdrowie, ale przyczyna była zgoła inna. Jeśli rozłoży ją choroba, nie będzie mogła szlifować Mocy, a moja potęga odsunie się ode mnie w czasie.
Szliśmy szybko, stawiałem długie kroki, a stukot obcasów naszych butów odbijał się echem od ścian korytarza. Minęliśmy część kuchenną, ale jej nie skomentowałem ani słowem. Tam księżniczka na pewno nigdy nie zaglądnie. Zatrzymałem się dopiero, gdy znaleźliśmy się we wschodniej części, w nieco większej sali, z której rozchodziły się promieniście drzwi.
— To jest główna Sala Wejściowa. Stąd za każdym razem będziesz wchodzić do laboratoriów i sal treningowych — wytłumaczyłem lakonicznie. Trochę denerwowało mnie to, że muszę ją sam oprowadzić po zamku, ale musiałem mieć pewność, że jej wymówką na ewentualne spóźnienie nie będzie to, że ktoś jej nie pokazał dokąd ma się udać. — Chodźmy — dodałem od razu, kierując się do jednych z drzwi i tamtędy wchodząc do pomieszczenia na planie okręgu o średnicy nie większej niż cztery metry. Wzdłuż ściany wspinały się strome schody bez barierki. Spojrzałem na nią z ukosa, uśmiechając się jednocześnie pod nosem ironicznie. — Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości. A o twojej kondycji przekonam się już za chwilę — zakończyłem, po czym otwartą dłonią w groteskowej formie grzeczności wskazałem jej na wejście na schody. — Panie przodem. Przed nami trzysta pięćdziesiąt trzy stopnie.
------------------------------------------------------------------------------------