Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
22.

Stłumiłam w sobie ciężkie westchnięcie, którym pragnęłam podsumować irytujące zachowanie króla Eirika. Nie miałam bladego pojęcia czemu, ale nawet takie drobne górowanie nade mną w postaci celowego wyprzedzenia mnie i nie dopuszczenia bym mogła nadążyć i zrównać z nim kroku, przyprawiały blondyna o absurdalną satysfakcję. Widziałam to w jego pewnej siebie postawie, wyraźnie rozluźnionych mięśniach karku oraz swobodzie poruszania się. Wysuwanie na wierzch swej dominacji, zdaje się, że miał we krwi;  najwyraźniej musiałam po prostu do tego przywyknąć. Przynajmniej do czasu nim uda mi się znaleźć jakieś racjonalne wyjście z tej popapranej sytuacji.
Posłusznie i bez zbędnego zagłębiania się w kolejną słowną potyczkę, ruszyłam za majestatyczną postacią władcy. Na usta cisnęły mi się parszywe przekleństwa, gdy ledwo co nadążałam za blondynem, desperacko unosząc materiał sukni ku górze, by przypadkiem nie zaliczyć w tym maratonie bliższego spotkania z tutejszą podłogą. Każdy nasz krok echem roznosił się po zamku, z pozoru wyglądającym na opustoszały. Korytarzami nie kręciła się choćby jedna niepożądana osoba; podejrzewałam, że cała służba wykonywała właśnie swe obowiązki, przy okazji mając na uwadze fakt, by za żadne skarby nie wejść w drogę swemu panu. Tutaj wszystko różniło się od mego rodzimego domu; atmosfera panująca w murach pałacu była kompletnie odmienna, obca. Despotyczna postać króla Hav'caarena niewątpliwie budziła respekt wśród tutejszych mieszkańców. W Mareaurze stosunki między władzą a poddanymi wyglądały kompletnie inaczej. Naturalnie okazywano szacunek swemu władcy, jak i całej rodzinie królewskiej, aczkolwiek nie działało to na zasadzie zastraszania, co, miałam wrażenie, tutaj miało miejsce. Iudicium przerażało mnie dogłębnie, prawdopodobnie nie odważyłabym się samotnie opuścić zamku po zmierzchu. Co prawda sam król Eirik nie stanowił osoby godnej zaufania, wręcz zniechęcał i odpychał, miałam jednak zasiany w sobie zalążek świadomości, że póki co, jego plany nie pozwalały mu na tknięcie mej osoby. Można rzec, iż w pewnym stopniu dawało mi to pewną przewagę; musiałabym tylko przekonać się jak w wielkim stopniu zależy mu na utrzymaniu mnie przy życiu.
Im bardziej oddalaliśmy się od części jadalnianej, tym niższa robiła się temperatura otoczenia. Mury zamku choć grube i z pozoru szczelne, wpuszczały do wnętrza chłodne przeciągi, które nieustępliwie dawały o sobie znać. Na ramionach pojawiła się gęsia skórka, aczkolwiek, na całe szczęście, dzięki długim, koronkowym rękawom nie było jej widać. Miałam ochotę potrzeć ramiona i barbarzyńsko zerwać z szerokich barków mężczyzny jego królewską szatę, na którą starannie naszyto wilcze futro. Język świerzbił mnie, by burknąć jakąś aluzję względem ocieplenia pałacu, aczkolwiek nim ubrałam swe myśli w słowa, głos zabrał mój towarzysz. Nie kryjąc swego zaskoczenia, spojrzałam na niego spod uniesionych nieco brwi, dopiero teraz orientując się, iż zrównaliśmy kroku i szliśmy niemal ramię w ramię. Powiedziałabym, że uwaga blondyna była miła, być może pokusiłabym się nawet o wdzięczny uśmiech, jednak podświadomość głośno alarmowała, że nie powiedział tego w dobrej mierze, bezinteresownie. Coś się kryło pod jego "troską", nie zamierzałam jednak dowiadywać się co to było.
- Z pewnością zapamiętam - odparłam chyba po raz pierwszy zwyczajnym tonem głosu, nie przesiąkając go ironią, czy też sarkazmem. Było to nieco dziwne, zważając na fakt, jak wyglądały nasze wcześniejsze rozmowy; myślę jednak, że obojgu nam owa neutralność była na rękę.
Resztę pomieszczeń i korytarzy pokonywaliśmy w równie żwawym tempie, jednak nie pozwoliłam już na to, by pozostać w tyle. Dumnie i wytrwale kroczyłam u boku władcy, szczerze próbując z całych sił zapamiętać wszystko co zostało mi pokazane i co mijaliśmy. Uznałam, że im prędzej poznam ten zamek, tym większe prawdopodobieństwo, iż będę mogła zacząć pracować nad swoim planem opuszczenia tego miejsca. Problemem było jednak to, że mój zmysł orientacji był raczej mniej niż przeciętny, a ta budowla to była istna twierdza złożona z miliona korytarzy i różnorakich pomieszczeń.
Gdy wreszcie dotarliśmy do prawdopodobnie głównego celu naszej wyprawy, spojrzałam skołowana na promieniście ulokowane drzwi, znajdujące się niemalże naokoło całej Sali Wejściowej. W dodatku wszystkie wyglądały identycznie i żadne nie miało choćby małej podpowiedzi w postaci tabliczki, która głosiłaby dokąd prowadzą. Wspaniale. Już widzę te swoje samotne wyprawy po tym przeklętym labiryncie - pomyślałam zdegustowana, bez słowa kierując się za królem Eirikiem. Jakoś nieszczególnie chciałam zgubić się tam już pierwszego dnia; nie miałam nawet pojęcia jak wrócić do jadalni!
- Wiesz wasza wysokość, nie pogardziłabym jakimś prezentem w postaci mapki jak się poruszać po twych włościach - mruknęłam niechętnie, gdy dostrzegłam spiralne schody, wspinające się po ścianie ku niewidocznemu z dołu sufitowi. No kto normalny aż tak komplikuje sobie życie?
Spojrzałam z rezerwą na strome stopnie, a zaraz koso na ponownie uśmiechniętego ironicznie blondyna. Mrugnęłam powiekami jakby w oczekiwaniu, że lada moment klaśnie w swe duże dłonie i parsknie głośnym "Mam Cię, tylko żartowałem!", aczkolwiek taka możliwość równała się minusowym wynikom. Westchnęłam wściekle pod nosem, ściągając czerwone usta w wąską linię. Uśmiechnęłam się krzywo w stronę zadowolonego króla, a następnie ruszyłam w kierunku schodów, mamrocząc pod nosem ciche "Hegemonistyczny łajdak".
Droga ku górze ciągnęła mi się w nieskończoność i nie ukrywam, że powoli traciłam siły, choć starałam się tego po sobie nie pokazać. Niby byłam przyzwyczajona do chodzenia po tylu stopniach, w swym rodzimym zamku sama miałam niezliczoną ilość pomieszczeń, do których można było dostać się jedynie za pomocą schodów, jednak w tym wypadku miałam nieco utrudnioną sytuację. Nie dość, że suknia była nieco zbyt długa oraz musiałam być niezwykle ostrożna, by przypadkiem na nią nie nadepnąć i nie spowodować u siebie, jak i swego towarzysza, licznych obrażeń, to buty uparcie piły mnie w podbiciach stóp, sprawiając, że każdy mój krok był niepewny. Bałam się również, choć było to irracjonalne, iż niebieskooki najzwyczajniej w świecie specjalnie nadepnie tył mojej kreacji i wesoło pomacha mi podczas mego bolesnego upadania ku dołowi.
Wzdrygnęłam się na samą tę myśl, dodatkowo czując lekkie kręcenie w głowie. Stopnie nie dość, że strome, były również spiralne, przez co oboje nieustannie kręciliśmy się w kółko. Nie oddziaływało to na mnie zbyt dobrze, co zaowocowało chwilę później. Przeklęty but poślizgnął mi się na jednym ze stromych stopni i prawdopodobnie runęłabym niczym długa do tyłu. Mówię "prawdopodobnie", gdyż ku szczęściu - a może raczej nieszczęściu? - całym swym ciężarem opadłam na znajdującego się za mną mężczyznę, który z zadziwiającą precyzją, zupełnie jakby się tego spodziewał, przytrzymał moje ciało, sam przy tym nie poruszając się chociażby o centymetr. Coraz bardziej zaczynałam zachodzić w głowę, czy ten granitowy gbur na pewno był człowiekiem.
Dotyk jego zimnych dłoni przeszył moje ciało nawet przez materiał sukni, a ciężki, być może nawet rozdrażniony oddech, wyczuwalny na odsłoniętej szyi, podziałał na mnie niczym kubeł zimnej wody. Wyprostowałam się niczym struna, niemalże odpychając od siebie władcę, chcąc tym samym wrócić do bezpiecznej odległości. Chrząknęłam głośno, zakłopotana otrzepując suknię, dopiero teraz dostrzegając, że na tym "pamiętnym stopniu" znajdowała się cienka warstwa lodu. Zmarszczyłam brwi, po czym odwróciłam gwałtownie głowę za siebie, pewna, że jest to sprawka tego marnego żartownisia.
- Jak na króla, posiadasz panie dość prostackie poczucie humoru - warknęłam zła, dmuchając w kosmyk włosów, jaki wydostał się z upięcia. - Przysięgam, na Boga, że następnym razem oboje wylądujemy na dole - prychnęłam obruszona, marszcząc gniewnie czoło. Fuknęłam jeszcze cicho pod nosem, po czym zadzierając materiał sukni, poczęłam śpiesznie wspinać się na górę, nawet nie dając królowi dojść do słowa. Byłam zbyt zła i zażenowana, by móc spojrzeć mu teraz w twarz. On prawdopodobnie myślał, że faktycznie obwiniałam go za owy incydent, ja nie byłam jednak w stu procentach pewna, czy nie było to wynikiem mojej nieostrożności. Wielokrotnie doprowadzałam do podobnych incydentów poprzez swą nieuwagę; nie zamierzałam jednak przyznać się przed władcą, że mogła to być moja sprawka. I tak miał mnie już za wystarczającą idiotkę. Nie musiałam dolewać dodatkowej oliwy do ognia.
------------------------------------------------------------------------------------