Stłumiłam w
sobie ciężkie westchnięcie, którym pragnęłam podsumować irytujące zachowanie
króla Eirika. Nie miałam bladego pojęcia czemu, ale nawet takie drobne
górowanie nade mną w postaci celowego wyprzedzenia mnie i nie dopuszczenia bym
mogła nadążyć i zrównać z nim kroku, przyprawiały blondyna o absurdalną
satysfakcję. Widziałam to w jego pewnej siebie postawie, wyraźnie rozluźnionych
mięśniach karku oraz swobodzie poruszania się. Wysuwanie na wierzch swej
dominacji, zdaje się, że miał we krwi; najwyraźniej musiałam po prostu do
tego przywyknąć. Przynajmniej do czasu nim uda mi się znaleźć jakieś racjonalne
wyjście z tej popapranej sytuacji.
Posłusznie i
bez zbędnego zagłębiania się w kolejną słowną potyczkę, ruszyłam za
majestatyczną postacią władcy. Na usta cisnęły mi się parszywe przekleństwa,
gdy ledwo co nadążałam za blondynem, desperacko unosząc materiał sukni ku
górze, by przypadkiem nie zaliczyć w tym maratonie bliższego spotkania z
tutejszą podłogą. Każdy nasz krok echem roznosił się po zamku, z pozoru
wyglądającym na opustoszały. Korytarzami nie kręciła się choćby jedna
niepożądana osoba; podejrzewałam, że cała służba wykonywała właśnie swe
obowiązki, przy okazji mając na uwadze fakt, by za żadne skarby nie wejść w
drogę swemu panu. Tutaj wszystko różniło się od mego rodzimego domu; atmosfera
panująca w murach pałacu była kompletnie odmienna, obca. Despotyczna postać
króla Hav'caarena niewątpliwie budziła respekt wśród tutejszych mieszkańców. W
Mareaurze stosunki między władzą a poddanymi wyglądały kompletnie inaczej.
Naturalnie okazywano szacunek swemu władcy, jak i całej rodzinie królewskiej,
aczkolwiek nie działało to na zasadzie zastraszania, co, miałam wrażenie, tutaj
miało miejsce. Iudicium przerażało mnie dogłębnie, prawdopodobnie nie
odważyłabym się samotnie opuścić zamku po zmierzchu. Co prawda sam król Eirik
nie stanowił osoby godnej zaufania, wręcz zniechęcał i odpychał, miałam jednak
zasiany w sobie zalążek świadomości, że póki co, jego plany nie pozwalały mu na
tknięcie mej osoby. Można rzec, iż w pewnym stopniu dawało mi to pewną
przewagę; musiałabym tylko przekonać się jak w wielkim stopniu zależy mu na
utrzymaniu mnie przy życiu.
Im bardziej
oddalaliśmy się od części jadalnianej, tym niższa robiła się temperatura
otoczenia. Mury zamku choć grube i z pozoru szczelne, wpuszczały do wnętrza
chłodne przeciągi, które nieustępliwie dawały o sobie znać. Na ramionach
pojawiła się gęsia skórka, aczkolwiek, na całe szczęście, dzięki długim,
koronkowym rękawom nie było jej widać. Miałam ochotę potrzeć ramiona i
barbarzyńsko zerwać z szerokich barków mężczyzny jego królewską szatę, na którą
starannie naszyto wilcze futro. Język świerzbił mnie, by burknąć jakąś aluzję
względem ocieplenia pałacu, aczkolwiek nim ubrałam swe myśli w słowa, głos
zabrał mój towarzysz. Nie kryjąc swego zaskoczenia, spojrzałam na niego spod
uniesionych nieco brwi, dopiero teraz orientując się, iż zrównaliśmy kroku i
szliśmy niemal ramię w ramię. Powiedziałabym, że uwaga blondyna była miła, być
może pokusiłabym się nawet o wdzięczny uśmiech, jednak podświadomość głośno
alarmowała, że nie powiedział tego w dobrej mierze, bezinteresownie. Coś się
kryło pod jego "troską", nie zamierzałam jednak dowiadywać się co to
było.
- Z pewnością
zapamiętam - odparłam chyba po raz pierwszy zwyczajnym tonem głosu, nie
przesiąkając go ironią, czy też sarkazmem. Było to nieco dziwne, zważając na
fakt, jak wyglądały nasze wcześniejsze rozmowy; myślę jednak, że obojgu nam owa
neutralność była na rękę.
Resztę
pomieszczeń i korytarzy pokonywaliśmy w równie żwawym tempie, jednak nie
pozwoliłam już na to, by pozostać w tyle. Dumnie i wytrwale kroczyłam u boku
władcy, szczerze próbując z całych sił zapamiętać wszystko co zostało mi
pokazane i co mijaliśmy. Uznałam, że im prędzej poznam ten zamek, tym większe
prawdopodobieństwo, iż będę mogła zacząć pracować nad swoim planem opuszczenia
tego miejsca. Problemem było jednak to, że mój zmysł orientacji był raczej
mniej niż przeciętny, a ta budowla to była istna twierdza złożona z miliona
korytarzy i różnorakich pomieszczeń.
Gdy wreszcie
dotarliśmy do prawdopodobnie głównego celu naszej wyprawy, spojrzałam skołowana
na promieniście ulokowane drzwi, znajdujące się niemalże naokoło całej Sali
Wejściowej. W dodatku wszystkie wyglądały identycznie i żadne nie miało choćby
małej podpowiedzi w postaci tabliczki, która głosiłaby dokąd prowadzą. Wspaniale. Już widzę te swoje samotne wyprawy
po tym przeklętym labiryncie - pomyślałam zdegustowana, bez słowa kierując
się za królem Eirikiem. Jakoś nieszczególnie chciałam zgubić się tam już
pierwszego dnia; nie miałam nawet pojęcia jak wrócić do jadalni!
- Wiesz
wasza wysokość, nie pogardziłabym jakimś prezentem w postaci mapki jak się
poruszać po twych włościach - mruknęłam niechętnie, gdy dostrzegłam spiralne
schody, wspinające się po ścianie ku niewidocznemu z dołu sufitowi. No kto
normalny aż tak komplikuje sobie życie?
Spojrzałam z
rezerwą na strome stopnie, a zaraz koso na ponownie uśmiechniętego ironicznie
blondyna. Mrugnęłam powiekami jakby w oczekiwaniu, że lada moment klaśnie w swe
duże dłonie i parsknie głośnym "Mam Cię, tylko żartowałem!",
aczkolwiek taka możliwość równała się minusowym wynikom. Westchnęłam wściekle
pod nosem, ściągając czerwone usta w wąską linię. Uśmiechnęłam się krzywo w
stronę zadowolonego króla, a następnie ruszyłam w kierunku schodów, mamrocząc
pod nosem ciche "Hegemonistyczny łajdak".
Droga ku
górze ciągnęła mi się w nieskończoność i nie ukrywam, że powoli traciłam siły,
choć starałam się tego po sobie nie pokazać. Niby byłam przyzwyczajona do
chodzenia po tylu stopniach, w swym rodzimym zamku sama miałam niezliczoną
ilość pomieszczeń, do których można było dostać się jedynie za pomocą schodów,
jednak w tym wypadku miałam nieco utrudnioną sytuację. Nie dość, że suknia była
nieco zbyt długa oraz musiałam być niezwykle ostrożna, by przypadkiem na nią
nie nadepnąć i nie spowodować u siebie, jak i swego towarzysza, licznych
obrażeń, to buty uparcie piły mnie w podbiciach stóp, sprawiając, że każdy mój
krok był niepewny. Bałam się również, choć było to irracjonalne, iż
niebieskooki najzwyczajniej w świecie specjalnie nadepnie tył mojej kreacji i
wesoło pomacha mi podczas mego bolesnego upadania ku dołowi.
Wzdrygnęłam
się na samą tę myśl, dodatkowo czując lekkie kręcenie w głowie. Stopnie nie
dość, że strome, były również spiralne, przez co oboje nieustannie kręciliśmy
się w kółko. Nie oddziaływało to na mnie zbyt dobrze, co zaowocowało chwilę
później. Przeklęty but poślizgnął mi się na jednym ze stromych stopni i
prawdopodobnie runęłabym niczym długa do tyłu. Mówię
"prawdopodobnie", gdyż ku szczęściu - a może raczej nieszczęściu? -
całym swym ciężarem opadłam na znajdującego się za mną mężczyznę, który z zadziwiającą
precyzją, zupełnie jakby się tego spodziewał, przytrzymał moje ciało, sam przy
tym nie poruszając się chociażby o centymetr. Coraz bardziej zaczynałam
zachodzić w głowę, czy ten granitowy gbur na pewno był człowiekiem.
Dotyk jego
zimnych dłoni przeszył moje ciało nawet przez materiał sukni, a ciężki, być
może nawet rozdrażniony oddech, wyczuwalny na odsłoniętej szyi, podziałał na
mnie niczym kubeł zimnej wody. Wyprostowałam się niczym struna, niemalże
odpychając od siebie władcę, chcąc tym samym wrócić do bezpiecznej odległości.
Chrząknęłam głośno, zakłopotana otrzepując suknię, dopiero teraz dostrzegając,
że na tym "pamiętnym stopniu" znajdowała się cienka warstwa lodu.
Zmarszczyłam brwi, po czym odwróciłam gwałtownie głowę za siebie, pewna, że
jest to sprawka tego marnego żartownisia.
- Jak na
króla, posiadasz panie dość prostackie poczucie humoru - warknęłam zła,
dmuchając w kosmyk włosów, jaki wydostał się z upięcia. - Przysięgam, na Boga,
że następnym razem oboje wylądujemy na dole - prychnęłam obruszona, marszcząc
gniewnie czoło. Fuknęłam jeszcze cicho pod nosem, po czym zadzierając materiał
sukni, poczęłam śpiesznie wspinać się na górę, nawet nie dając królowi dojść do
słowa. Byłam zbyt zła i zażenowana, by móc spojrzeć mu teraz w twarz. On
prawdopodobnie myślał, że faktycznie obwiniałam go za owy incydent, ja nie
byłam jednak w stu procentach pewna, czy nie było to wynikiem mojej
nieostrożności. Wielokrotnie doprowadzałam do podobnych incydentów poprzez swą
nieuwagę; nie zamierzałam jednak przyznać się przed władcą, że mogła to być
moja sprawka. I tak miał mnie już za wystarczającą idiotkę. Nie musiałam
dolewać dodatkowej oliwy do ognia.
