Chciałem sprawdzić jej kondycję, trochę ją zmęczyć i zagrać na
nerwach, to wszystko prawda. Ale przede wszystkim chciałem wreszcie zacząć
naukę, choć tego nie mogłem jej powiedzieć od razu wprost. Musiała być
zaskoczona, to musiało wyglądać tak, jakbym chciał jej tylko pokazać
laboratorium i punkt widokowy, które znajdowały się na szczycie smukłej, wysokiej
wieży górującej nad przepaścią i całą resztą zamku. Nigdy nie byłem
zwolennikiem tradycyjnych, mało efektywnych nauk, wertowania ksiąg i wkuwania
na pamięć formuł, reguł, zasad, doprawiając to wszystko mozolną nauką historii
magii. Oczywiście, na to przychodził czas, każdy szanujący się mag powinien ją
znać. Tyle że teraz nie miałem czasu, Cataleya nie miała czasu. To mogło jej
zająć całe lata. Ja miałem nadzieję dzięki specjalnym technikom nauczyć jej kontroli w o wiele, wiele krótszym czasie.
Kluczem był instynkt i wola przetrwania.
Na naukę przyjdzie jeszcze czas, pomyślałem i wróciłem myślami do
tu i teraz. Mapę? A może od razu podsunąć pod nos księżniczce wszystkie tajemne
przejścia i sekretne drogi wyjścia z zamku w awaryjnych sytuacjach,
projektowane na oblężenia twierdzy podczas wojny? Prychnąłem pod nosem, co
mogło wyglądać nawet tak, jakbym był jej słowami rozbawiony.
— Nikt nie chciałby abyś przypadkiem została złapana na
zwiedzaniu tych części zamku, których nie powinnaś, prawda? Po co więc mapa?
Wierzę w twoją zdolność zapamiętywania i w to, że szybko się nauczysz
najważniejszych głównych korytarzy — odpowiedziałem, nie kryjąc sarkazmu,
którym przesiąkły moje słowa.
Na szczęście bez dalszego gadania – chociaż nie bez kolejnych
spojrzeń godnych małej, rozjuszonej kotki i wzdychania, ale przecież nie można
mieć wszystkiego – skierowała się we wskazywany przeze mnie kierunek, to znaczy
schodami do góry. Ruszyłem od razu za nią, zachowując tylko odstęp kilku
stopni, głównie ze względu na ciągnącą się za jej stopami tkaninę
rozkloszowanego dołu sukni. Zaczęliśmy się wspinać i niestety dość szybko dał o
sobie znać charakterystyczny ból w skroniach, spowodowany wcześniejszym
uleczeniem po wymagającym dużej ilości Mocy zaklęciu. Moje ciało wróciło do
pełnej sprawności dzięki Caliście, ale pierwszy objaw migreny zbliżał się
wielkimi krokami. I tylko coraz cięższy z każdym kolejnym stopniem oddech
księżniczki był dziwnie satysfakcjonujący. Oczywiście mógłbym unieść nas na
poziom najwyższej komnaty wieży, ale zdecydowanie nie chciałem tego robić.
Wymagałoby to tylko mojego zmęczenia, mojego użycia czarów, bo dziewczyna nie
była jeszcze na o gotowa. A nie zamierzałem być windą dla rozkapryszonej
księżniczki.
Nie liczyłem stopni, ale byliśmy już grubo za połową, kiedy nagle
idąca przede mną dziewczyną się poślizgnęła. Złapałem ją natychmiast, chociaż
było to raczej instynktownym odruchem niż celową chęcią pomocy. Przez głowę
przegalopowała tylko jedna paląca myśl. Puść ją. Ale nie, jeszcze nie teraz i
nie tutaj. Szybko zamrugałem, starając się przywrócić do chłodnej obojętności,
a ona w tym czasie ponownie stanęła na swoich własnych nogach zamiast używać
mnie jako poduszki. Moje dłonie zacisnęły się na jej ramionach i przez koronkowy
materiał poczułem ciepło jej skóry. Przypomniało mi to tylko niepotrzebnie o
tym, jaka krew płynie jej żyłami.
Z trudem ugryzłem się w język, przyglądając się znów bardziej
rozzłoszczonej księżniczce. Uniosłem brwi nieznacznie. Czy ona naprawdę myśli,
że teraz się z nią będę droczył i bawił? Mamy ważniejsze rzeczy do zrobienia.
— Zdaje się, że tobie brakuje manier jak na księżniczkę —
odpowiedziałem, zaciskając mocniej zęby i wznawiając wspinaczkę. — Nie ma za
co. Dawno byłabyś na dole gdybym tego chciał — mruknąłem pod nosem, starając
się tym zwrócić jej uwagę na fakt, że ją złapałem i pomogłem jej ustać. Pewnie
mnie nie usłyszała, po wystrzeliła jak z procy w górę. Nie liczyłem jednak na
żadne podziękowania. Robiłem to bo była mi potrzebna, nie dlatego że chciałbym
ją chronić.
Gdy wszedłem na górę, na ostatni stopień i na platformę
pomieszczenia znajdującego się na wieży, dziewczyna już tam była. Oddychała
ciężko, ale nie patrzyła na mnie. Jakby zawartość pomieszczenia była bardziej szokująca.
Znajdowały się tu stalowe, lśniące nieskazitelnie blaty, na
których stały najróżniejsze przybory do ważenia eliksirów i rzucania zaklęć
wymagających składników i skomplikowanych inkantacji. Na wysokich po sam sufit
półkach znajdowały się właśnie składniki, starannie wyselekcjonowane i
poukładane przeze mnie samego w skomplikowanej choć logicznej kolejności.
Znajdowały się tam najróżniejsze próbki krwi wielu zwierząt, ludzi i potworów,
szczelnie zamknięte w szklanych, bardzo drogich probówkach. Były pazury, zęby,
skóry i najróżniejsze fragmenty ciał rzadkich bestii i zwierząt, ale także
zakonserwowane, pływające w wielkich słojach. Były suche rośliny i zioła,
zebrane na jednej z komód, a także wiszące za ogonki na ściennie – te dopiero
przechodziły proces suszenia. W kącie stały wszelkie możliwe pierwiastki
metali, ale też gazów szlachetnych i cieczy. Poza tym były tu jeszcze
dziesiątki a może setki innych rzeczy, nie mniej dziwnych lecz
nieprzypadkowych. Zbiory prowadziłem odkąd pamiętam i nikt nie miał wstępu do
tego pomieszczenia, nikt poza mną i moimi uczniami. Tak się zdarzyło, że
Cataleya była pierwsza.
— Witam w moim osobistym gabinecie — odezwałem się, stając za jej
plecami pośrodku okrągłego pokoju o średnicy nie większej niż piętnaście
metrów. — A teraz zapraszam na taras widokowy, później sobie popatrzysz —
dodałem jeszcze, starając się zachować neutralny ton głosu, chociaż czułem, jak
wzbiera we mnie ekscytacja. Nie mogłem się doczekać.
Tym razem przepuściłem ją w drzwiach i za nią wyszedłem na
szeroki balkon. Widok, który się stąd rozpościerał, mógł zaprzeć dech w
piersiach, mógł to też zrobić porywisty wiatr, który na tej wysokości naprawdę
szalał. Zbliżał się zachód słońca i niebo zabarwiło się na ciepłe kolory, tuż
przy linii gór było wręcz wściekle czerwone, a im wyżej w nieboskłon, tym
bardziej przechodziło w pomarańcz, aż do bladoniebieskiego. Znałem ten widok,
był imponujący ale byłem tu zbyt często, żeby za każdym razem zachwycać się
pięknem swojej ziemi.
Dlatego skorzystałem z okazji, ze dziewczyna się rozglądała i podszedłem do
niej po raz kolejny, na sam skraj niezagrodzonego żadną balustradą balkonu.
Z trudem łapałem oddech – ekscytacja i niecierpliwość brały nade
mną górę. Zdawałem sobie sprawę, że moje oczy płoną żywym ogniem, a usta
rozciąga szeroki, nie zwiastujący niczego dobrego uśmiech. Objąłem ją
delikatnie, korzystając z elementu zaskoczenia i niemal przycisnąłem usta do
jej ucha. Wiatr smagał nas niczym bicz, ale moje serce biło zbyt szybko żebym
mógł zważyć na coś innego niż to, co chciałem zrobić.
— Teraz kolej na test dla ciebie, księżniczko. Uwierz, że magia
pozwoli ci się zatrzymać, tylko ją wyzwól i zapanuj nad tym. Tu jest naprawdę
daleko do skał w dole przełęczy — szepnąłem do jej ucha drżącym z
podekscytowania głosem. A później odsunąłem się od niej i gwałtownym gestem
wepchnąłem ją prosto w pustkę, poza granicę tarasu.
Nigdy nie zapomnę wyrazu jej twarzy w chwili, kiedy straciła
oparcie dla stóp. Nigdy.
Drżałem. Dopadłem do brzegu balkonu. Terapia szokowa. Instynkt i wola przetrwania, jak mówiłem. W razie gdyby nie dała sobie rady, umiałem ją
złapać. Na dole, w swojej komnacie czekała Calista, najpotężniejszy z demonów w
moim posiadaniu. Poczułem mrowienie na koniuszkach palców, czułem przepływającą
Moc.
Ciało księżniczki spadało w przepaść, a wiatr porwał jej krzyk.
No i jak, mała? Poradzisz sobie z tym?
