Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
24.

Cel naszej wspinaczki po rzeczonych trzystu pięćdziesięciu trzech stopniach, przechodził me najśmielsze oczekiwania. Przestronne pomieszczenie w żadnym stopniu nie przypominało "gabinetu", jak to pokusił się nazwać król Eirik. Długie, stalowe blaty sterylnie zabezpieczone od najmniejszej plamki brudu, czy też kurzu, odbijały od siebie poświatę płynącą prosto z wysokiego żyrandola. Kamienne ściany skrupulatnie zostały przykryte pnącymi się ku sufitowi półkami, rodząc w głowie zainteresowanego pytanie, jakim sposobem właściciel dostawał się do tej usytuowanej najwyżej. Przechadzając się wśród nich, swą uwagę zwróciłam na szklanych buteleczkach, ustawionych w idealnym rządku i równym odstępie. Każda posiadała unikatową, przyprawiającą o gęsią skórkę zawartość; większości z nich nie potrafiłam jednak dogłębnie rozpoznać. W powietrzu unosił się znajomy zapach suszonych ziół oraz innych roślin, co po niektórych uwieszonych za ogonki, bądź ułożonych na białym materiale na komodzie. Podejrzewałam, że miejsce to było przeznaczone do ważenia różnorakich eliksirów i ćwiczenia magicznych zdolności. Zdradzały to nie tylko najrozmaitsze, dziwaczne składniki, starannie wyselekcjonowane i ułożone w jakimś swoistym, niezrozumiałym dla mnie porządku, ale także stos ksiąg, oprawionych w grube, skórzane okładki, w większości zabezpieczone niewielkimi klamrami oraz kłódeczkami; klucze z pewnością miał jedynie sam właściciel.
Zafascynowana, ale i po części przerażona tym co zastałam, straciłam trochę na czujności i przestałam zwracać większą uwagę na swego niegodnego zaufania towarzysza. Przechadzałam się zdezorientowana wśród bogato zastawionych półek, by następnie niczym ten naiwny cielaczek podążyć za głosem podstępnego wilka. Bez mniejszych oporów pozwoliłam wyprowadzić się na szeroki balkon, po części nie mogąc też oderwać wzroku od tego, co mogłam podziwiać z tej wysokości.
Pasmo gór, pozornie wbijających swe ostre szczyty w zaczerwienione niebo, niknęły pod kłębami poszarzałych, rozrastających się chmur. Ledwo widoczne wodospady unosiły w powietrze cienką mgiełkę w postaci pary, zza której wyłaniały się czubki wysokich drzew, niemalże całkowicie pozbawionych rdzawych liści. Spoglądając nieco na wschód, tuż u podnóża zamku dostrzegłam skaliste wybrzeże i portową dzielnicę miasta. Pojedyncze statki złowieszczo pokładały się na boki, sprawiając wrażenie, iż lada moment rozbiją się na wichrzycielsko wysuniętych ponad taflę wody skałach. Zimny wiatr bezlitośnie chłostał moje ciało, wbijając bolesne szpilki w każdą komórkę.
Widok rozpościerający się przed mym obliczem zapierał dech w piersi; był imponujący, choć jednocześnie przerażał ukrytym w swym pięknie mrokiem. Pochłonął mnie dogłębnie, na tyle, że nie zareagowałam nawet na prowokatorską bliskość króla. Ciepło jego ciała przeszło na moje plecy, spięłam się delikatnie, gdy poczułam jego delikatny uścisk. Ciężko było mi utożsamić tak niepozorny gest z tym zuchwałym impertynentem.
- Jak to zatrzymać? - spytałam niczym w transie, wzdrygając się od jego ciepłego oddechu. Zerknęłam powolnie przez ramię, dopiero teraz dostrzegając chore podekscytowanie w jego niebiesko-zielonych oczach i podstępny uśmieszek. Zdążyłam jedynie uchylić nieco ust i poszerzyć źrenice, nim silne pchnięcie nie wyrzuciło mego wiotkiego ciała poza bezpieczne granice tarasu, pozbawionego jakiejkolwiek barierki. Zduszony krzyk wydostał się z mego ściśniętego gardła, echem roznosząc się między górzystym terenem, brnąc w dno przełęczy. Kosmyki włosów wyplątały się ze starannego upięcia i bezlitośnie oplotły moją przerażoną twarz, tłumiąc dalsze wrzaski. Prędkość z jaką spadałam wściekle trzepotała materiałem czarnej sukni. Wiatr boleśnie biczował najmniejszy kawałek skóry, oplatając mnie całą swoją ciemięską skorupą. Zapanowała nade mną najprawdziwsza panika, nie byłam w stanie poruszyć choćby małym palcem dłoni. Widziałam oddalający się kraniec balkonu, zbliżające się nieubłaganie fundamenty zamku, a także przerażające krańce skał, na które lada chwila miałam nadziać się niczym upolowane dziko zwierzę. Przeraźliwy krzyk wypełnił moje płuca i doprowadził do wypłynięcia na twarz krystalicznych łez. Zacisnęłam kurczowo dłonie w piąstki; miałam wrażenie, że słyszę zgrzyt łamanych kości. Oddech ugrzęzł mi gardle, a w uszach wściekle szumiała krew. Złość spowodowana wszystkimi nagromadzonymi wydarzeniami wypełniła mnie od środka i przyprawiła o kolejny przeszywający wrzask, tym razem nieludzki, w żadnym stopniu nie utożsamiający się z delikatną i kruchą księżniczką. Stalowo błękitne oczy zaszły ciemne mroczki, utrudniające widok przeraźliwej przełęczy. Żywy ogień zaczął trawić mnie od środka, palił trzewia i pozbawiał wszelkich zmysłów. Niespodziewanie poczułam się lekka niczym ptasie piórko, każda czynność zdawała się być dla mnie zbyt ciężka, nawet oddychanie. Spod półprzymkniętych powiek widziałam jak wokół mnie pojawia się najprawdziwsza mgła -  a może biały dym? - który połykał mnie w całości. Pożerał krańce sukni, zaciśnięte kurczowo dłonie, rozwiane na wietrze włosy - każdą komórkę zlodowaciałego ciała. Gdy wreszcie zamknęłam kurczowo oczy, a wewnętrznie ogarnął mnie niespotykany spokój, poczułam pod dłońmi twardy, zimny kamień - ten sam, z którym miałam okazję mieć styczność w sali tronowej. Wzięłam desperacki wdech, zanosząc się kaszlem i płaczem jednocześnie. Uchylając powieki, zorientowałam się, że jakimś cudem ponownie znalazłam się na balkonie, do którego jeszcze kilka sekund temu, było mi tak daleko. Spod białego dymu wyłoniły się bose stopy; buty zgubiłam podczas upadania w dno przełęczy. Ciało przeszył chłód i niewyobrażalny ból. Dłuższą chwilę po prostu tkwiłam na posadzce i pusto wpatrywałam się w zimny kamień, jakim był wyłożony taras. Dopiero kiedy poza swoim gwałtownym oddechem usłyszałam również ten należący do sprawcy całego zdarzenia, powolnie podniosłam głowę, wlepiając w jego odpychającą twarz twarde spojrzenie. Podniosłam się powolnie na drżących nogach i podeszłam do blondyna najbliżej jak tylko się dało, ani na chwilę nie tracąc kontaktu wzrokowego. Zacisnęłam wściekle szczękę, a spod powiek uciekły kolejne łzy. Unoszące się gwałtownie klatki piersiowe, zetknęły się ze sobą.
- Popieprzony obłąkaniec - wycedziłam przez zęby, a wraz z tymi słowami kamień wokół jego osoby zaczął pękać, jakby lada moment sam miał spaść w tą paranoidalną przepaść. Satysfakcja widoczna w jego oczach i jawny cynizm, przyprawiły mnie tylko o jeszcze większe rozdrażnienie. Wzięłam wściekły wdech, by następnie pod wpływem impulsu unieść dłoń i zagwarantować jaśnie królowi bolesny policzek. Nie żałowałam tego, nawet gdy widziałam linię jego żuchwy uwydatniającą się pod skórą i wyczuwałam widocznie nagromadzoną magię, wywołaną czystą furią. Nie on miał tutaj prawo do złości w tym momencie; nie zamierzałam pozwolić na traktowanie mnie niczym jakiegoś obiektu badań, z którym będzie robił, co mu się rzewnie podoba. Istnieją pewne granice, których nawet tak wypaczony z moralności człowiek, nie powinien przekraczać.
------------------------------------------------------------------------------------