Cel naszej
wspinaczki po rzeczonych trzystu pięćdziesięciu trzech stopniach, przechodził
me najśmielsze oczekiwania. Przestronne pomieszczenie w żadnym stopniu nie
przypominało "gabinetu", jak to pokusił się nazwać król Eirik.
Długie, stalowe blaty sterylnie zabezpieczone od najmniejszej plamki brudu, czy
też kurzu, odbijały od siebie poświatę płynącą prosto z wysokiego żyrandola.
Kamienne ściany skrupulatnie zostały przykryte pnącymi się ku sufitowi półkami,
rodząc w głowie zainteresowanego pytanie, jakim sposobem właściciel dostawał
się do tej usytuowanej najwyżej. Przechadzając się wśród nich, swą uwagę
zwróciłam na szklanych buteleczkach, ustawionych w idealnym rządku i równym
odstępie. Każda posiadała unikatową, przyprawiającą o gęsią skórkę zawartość;
większości z nich nie potrafiłam jednak dogłębnie rozpoznać. W powietrzu unosił
się znajomy zapach suszonych ziół oraz innych roślin, co po niektórych
uwieszonych za ogonki, bądź ułożonych na białym materiale na komodzie.
Podejrzewałam, że miejsce to było przeznaczone do ważenia różnorakich eliksirów
i ćwiczenia magicznych zdolności. Zdradzały to nie tylko najrozmaitsze,
dziwaczne składniki, starannie wyselekcjonowane i ułożone w jakimś swoistym,
niezrozumiałym dla mnie porządku, ale także stos ksiąg, oprawionych w grube,
skórzane okładki, w większości zabezpieczone niewielkimi klamrami oraz kłódeczkami;
klucze z pewnością miał jedynie sam właściciel.
Zafascynowana,
ale i po części przerażona tym co zastałam, straciłam trochę na czujności i
przestałam zwracać większą uwagę na swego niegodnego zaufania towarzysza.
Przechadzałam się zdezorientowana wśród bogato zastawionych półek, by następnie
niczym ten naiwny cielaczek podążyć za głosem podstępnego wilka. Bez mniejszych
oporów pozwoliłam wyprowadzić się na szeroki balkon, po części nie mogąc też
oderwać wzroku od tego, co mogłam podziwiać z tej wysokości.
Pasmo gór,
pozornie wbijających swe ostre szczyty w zaczerwienione niebo, niknęły pod
kłębami poszarzałych, rozrastających się chmur. Ledwo widoczne wodospady
unosiły w powietrze cienką mgiełkę w postaci pary, zza której wyłaniały się czubki
wysokich drzew, niemalże całkowicie pozbawionych rdzawych liści. Spoglądając
nieco na wschód, tuż u podnóża zamku dostrzegłam skaliste wybrzeże i portową
dzielnicę miasta. Pojedyncze statki złowieszczo pokładały się na boki,
sprawiając wrażenie, iż lada moment rozbiją się na wichrzycielsko wysuniętych
ponad taflę wody skałach. Zimny wiatr bezlitośnie chłostał moje ciało, wbijając
bolesne szpilki w każdą komórkę.
Widok
rozpościerający się przed mym obliczem zapierał dech w piersi; był imponujący,
choć jednocześnie przerażał ukrytym w swym pięknie mrokiem. Pochłonął mnie
dogłębnie, na tyle, że nie zareagowałam nawet na prowokatorską bliskość króla.
Ciepło jego ciała przeszło na moje plecy, spięłam się delikatnie, gdy poczułam
jego delikatny uścisk. Ciężko było mi utożsamić tak niepozorny gest z tym
zuchwałym impertynentem.
- Jak to
zatrzymać? - spytałam niczym w transie, wzdrygając się od jego ciepłego
oddechu. Zerknęłam powolnie przez ramię, dopiero teraz dostrzegając chore
podekscytowanie w jego niebiesko-zielonych oczach i podstępny uśmieszek.
Zdążyłam jedynie uchylić nieco ust i poszerzyć źrenice, nim silne pchnięcie nie
wyrzuciło mego wiotkiego ciała poza bezpieczne granice tarasu, pozbawionego
jakiejkolwiek barierki. Zduszony krzyk wydostał się z mego ściśniętego gardła,
echem roznosząc się między górzystym terenem, brnąc w dno przełęczy. Kosmyki
włosów wyplątały się ze starannego upięcia i bezlitośnie oplotły moją
przerażoną twarz, tłumiąc dalsze wrzaski. Prędkość z jaką spadałam wściekle trzepotała
materiałem czarnej sukni. Wiatr boleśnie biczował najmniejszy kawałek skóry,
oplatając mnie całą swoją ciemięską skorupą. Zapanowała nade mną najprawdziwsza
panika, nie byłam w stanie poruszyć choćby małym palcem dłoni. Widziałam
oddalający się kraniec balkonu, zbliżające się nieubłaganie fundamenty zamku, a
także przerażające krańce skał, na które lada chwila miałam nadziać się niczym
upolowane dziko zwierzę. Przeraźliwy krzyk wypełnił moje płuca i doprowadził do
wypłynięcia na twarz krystalicznych łez. Zacisnęłam kurczowo dłonie w piąstki;
miałam wrażenie, że słyszę zgrzyt łamanych kości. Oddech ugrzęzł mi gardle, a w
uszach wściekle szumiała krew. Złość spowodowana wszystkimi nagromadzonymi
wydarzeniami wypełniła mnie od środka i przyprawiła o kolejny przeszywający
wrzask, tym razem nieludzki, w żadnym stopniu nie utożsamiający się z delikatną
i kruchą księżniczką. Stalowo błękitne oczy zaszły ciemne mroczki, utrudniające
widok przeraźliwej przełęczy. Żywy ogień zaczął trawić mnie od środka, palił
trzewia i pozbawiał wszelkich zmysłów. Niespodziewanie poczułam się lekka
niczym ptasie piórko, każda czynność zdawała się być dla mnie zbyt ciężka,
nawet oddychanie. Spod półprzymkniętych powiek widziałam jak wokół mnie pojawia
się najprawdziwsza mgła - a może biały dym? - który połykał mnie w
całości. Pożerał krańce sukni, zaciśnięte kurczowo dłonie, rozwiane na wietrze
włosy - każdą komórkę zlodowaciałego ciała. Gdy wreszcie zamknęłam kurczowo
oczy, a wewnętrznie ogarnął mnie niespotykany spokój, poczułam pod dłońmi
twardy, zimny kamień - ten sam, z którym miałam okazję mieć styczność w sali
tronowej. Wzięłam desperacki wdech, zanosząc się kaszlem i płaczem
jednocześnie. Uchylając powieki, zorientowałam się, że jakimś cudem ponownie
znalazłam się na balkonie, do którego jeszcze kilka sekund temu, było mi tak
daleko. Spod białego dymu wyłoniły się bose stopy; buty zgubiłam podczas
upadania w dno przełęczy. Ciało przeszył chłód i niewyobrażalny ból. Dłuższą
chwilę po prostu tkwiłam na posadzce i pusto wpatrywałam się w zimny kamień,
jakim był wyłożony taras. Dopiero kiedy poza swoim gwałtownym oddechem
usłyszałam również ten należący do sprawcy całego zdarzenia, powolnie
podniosłam głowę, wlepiając w jego odpychającą twarz twarde spojrzenie.
Podniosłam się powolnie na drżących nogach i podeszłam do blondyna najbliżej
jak tylko się dało, ani na chwilę nie tracąc kontaktu wzrokowego. Zacisnęłam
wściekle szczękę, a spod powiek uciekły kolejne łzy. Unoszące się gwałtownie
klatki piersiowe, zetknęły się ze sobą.
-
Popieprzony obłąkaniec - wycedziłam przez zęby, a wraz z tymi słowami kamień
wokół jego osoby zaczął pękać, jakby lada moment sam miał spaść w tą
paranoidalną przepaść. Satysfakcja widoczna w jego oczach i jawny cynizm,
przyprawiły mnie tylko o jeszcze większe rozdrażnienie. Wzięłam wściekły wdech,
by następnie pod wpływem impulsu unieść dłoń i zagwarantować jaśnie królowi
bolesny policzek. Nie żałowałam tego, nawet gdy widziałam linię jego żuchwy
uwydatniającą się pod skórą i wyczuwałam widocznie nagromadzoną magię, wywołaną
czystą furią. Nie on miał tutaj prawo do złości w tym momencie; nie zamierzałam
pozwolić na traktowanie mnie niczym jakiegoś obiektu badań, z którym będzie
robił, co mu się rzewnie podoba. Istnieją pewne granice, których nawet tak
wypaczony z moralności człowiek, nie powinien przekraczać.
