Mimo wyjącego wiatru jedyne, co słyszałem, to bicie własnego
serca. Szum krwi w uszach, z każdym dudniącym skurczem życiodajnego mięśnia.
Mieszający się z pulsem magii żyjącej pod moją skórą, wdzierającą się w nawet
najdrobniejszy zakamarek umysłu. Włosy na karku uniosły się wraz z falą
ekscytacji, która zawsze mnie ogarniała, gdy Calista udzielała mi swojej
potężnej, niemal nie znającej granic mocy. Mocy mrocznej, ciemnej, w której
łatwo było się całkowicie zatracić.
Zmusiłem swoje stopy do postąpienia jeszcze kroku w przód, a choć
zdawało mi się że minęło wiele czasu, w rzeczywistości nie upłynęła nawet
sekunda, kiedy rzuciłem się do przodu, na skraj balkonu. Wbiłem spojrzenie w księżniczkę,
która stawała się już odległym punktem gdzieś w dole i z trudem powstrzymywałem
wyrywającą się ze mnie Moc. Jeszcze nie teraz – jeszcze miała zbyt daleko do
ziemi. Nie mogłem jej pomóc przedwcześnie, bo zrozumiałaby być może, że zależy
mi na jej życiu bardziej niż jej. Musi ufać, że może liczyć tylko na siebie, bo
tylko w ten sposób może zapanować nad tym, co czai się w jej ciele.
Wtedy coś się zaczęło dziać. Po raz kolejny musiałem stwierdzić,
że nigdy nie widziałem czegoś podobnego – lewitacja odbywała się bez efektów
specjalnych, tymczasem dziewczyna wręcz zniknęła w dziwnej, niewiadomego
pochodzenia mgle. Mimo wszystko udało się jej. Moc amortyzowała upadek,
zatrzymała ją, a nawet uniosła w górę. Miałem ochotę się śmiać i pewnie bym to zrobił,
gdyby nie odrętwienie spowodowane przyjęciem potężnej ilości magii demona,
której jeszcze nie spożytkowałem i która kłębiła się we mnie.
Kiedy spojrzałem na dziewczynę, w jej twarzy dostrzegłem coś, co
mnie cholernie zaniepokoiło, być może przeraziło. Puste spojrzenie, tępo wbite
w podłogę, jakby nie rozumiała co się właściwie stało, czy kiedykolwiek leciała
w dół, czy też jej się to wydawało. Dotarło do mnie nagle, że pozostanie
nierozwiązana kwestia: czy to dziewczyna zapanowała nad Mocą, czy Moc sama
wydostała się z jej umysłu i zawładnęła ciałem? Miałem ochotę wrzeszczeć kiedy
zrozumiałem, że bardziej prawdopodobna jest druga opcja. Że nie zrobiła nic
świadomie, że to był odruch tej klątwy, którą rzuciła na nią jej szalona babka.
Że nawet terapia szokowa nie pomoże jej w przejęciu władzy nad swoim darem.
Nie cofnąłem się, kiedy zbliżyła się do mnie. Nie zareagowałem na
łzy, których ścieżka utworzyła się na obu policzkach, przypuszczalnie od pędu powietrza,
gdy spadała. Albo od oznaki słabości, którą miałem nadzieję z niej wyplewić.
Gdybym oczekiwał, że rzuci się mi do stóp i będzie dziękować za cenną lekcję –
za uświadomienie, że praktycznie nic nie jest dla niej niemożliwe, bo przed
chwilą spadała w objęcia pewnej śmierci, a jednak wciąż stała tu przede mną,
żywa, co nie udałoby się innemu człowiekowi czy nawet nie każdemu czarodziejowi
– byłbym naiwny. Z drugiej strony mówiąc, że spodziewałem się takiej reakcji,
kłamałbym.
Szok i niedowierzanie odbiły się w moich źrenicach, a szczęki
odruchowo zacisnęły się mocniej, tak mocno, że aż zatrzeszczały mi zęby. Ból
był do zniesienia, odkąd pamiętam znosiłem go nadzwyczaj dobrze, lepiej niż
inni ludzie. Ale nie obraza dumy. Wciąż krążąca w moich żyłach mroczna Moc
zafalowała gwałtownie, reagując natychmiastowo na moją wściekłość. Usłyszałem
złowieszczy zgrzyt kamienia, na którym staliśmy, reagujący w sposób fizyczny na
magię, choć nikt nie wypowiedział żadnego zaklęcia. Kamień był „najinteligentniejszym”
z materiałów i surowców, najbardziej podatnym na magię.
Podniosłem rękę, równie szybko co ona, i złapałem nadgarstek
dłoni, która jeszcze nie zdążyła opaść, a którą przed chwilą odważyła się
podnieść na mnie.
— Od teraz możesz spodziewać się różnych prób morderstwa z mojej
strony — wycedziłem przez zaciśnięte zęby, nie skracając ani nie wydłużając
odległości między nami. Nasze oddechy mieszałyby się ze sobą, gdyby nie wiatr,
który porywał je natychmiast, niemal prosto z naszych ust. — Ani na chwilę nie
będziesz całkiem bezpieczna. Chcę, żebyś była czujna przez cały czas, nawet
jeśli mnie nie ma w pobliżu — mówiłem cicho, ale musiała mnie słyszeć,
zwłaszcza że całą sobą i całą Mocą była skupiona na mnie.
Puściłem jej rękę, odwróciłem się i ruszyłem w stronę drzwi,
stąpając po pokruszonym kamieniu, który nie zwiastował niczego dobrego. Ktoś
będzie musiał mi naprawić pieprzony taras przez tą nieudolną księżniczkę. Nawet
najlepsze metody nie działały na nią tak, jak powinny.
Mimo że teren był niestabilny, musiałem uwolnić magię. Jeszcze
trochę i cała wieża rozsypie się na kawałki pod wpływem potęgi takiej jak moja
i takiej jak księżniczki splecionej w morderczym uścisku. Stanąłem przy
drzwiach, uchyliłem usta i odchyliłem głowę do tyłu. Przymknąłem powieki i
szepnąłem skomplikowane zaklęcie składające się z długiej inkantacji, tym razem
w języku demonów. Poczułem, jak Moc ulatuje w górę, w burzowe chmury,
zatrzymując nawet wiatr na swojej drodze. Wróciła do właścicielki, a ja poczułem
się opuszczony, zimny i zmęczony. Odwróciłem się znów do księżniczki.
— To nie ty przejęłaś kontrolę, prawda? — zapytałem
spokojniejszym głosem, bo moje emocje również wróciły do chłodnej obojętności,
kiedy opuściła mnie Moc Calisty. — Liczę, że następnym razem się bardziej
postarasz — westchnąłem.
