Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
27.
muzyka




Znowu skracała dystans między nami. Zaczęło się to robić irytujące – kiedy ja chciałem kogoś przytłoczyć swoją bliskością, nie było problemu. Gorzej, kiedy ktoś inny zaczynał przekraczać moją strefę komfortu. Denerwowało mnie, że nie boi podejść się tak blisko i przyrzekłem sobie, że w przyszłości muszę spróbować zaatakować ją właśnie w takiej chwili. Żeby się bała. Nauczyć, że tylko ja mogę to robić.
— Wątpię — odpowiedziałem cicho, a moje usta wykrzywił krzywy uśmiech nie mający nic wspólnego z rozbawieniem.
Nawet jeśli ona sama faktycznie nie próbowałaby się ratować, po tej lekcji już wiedziałem, że skoro nie umie panować nad magią, to na pewno sama Moc uratuje ją z każdej sytuacji. Dlaczego tak mało zdawała sobie sprawę z własnych zdolności i możliwości? Dlaczego tak mało rozumiała swoje ciało? Jej niewiedza i ignorancja działały mi na nerwy. Nie miała się od kogo tego nauczyć, oczywiście, ale czułem, że przekazanie jej jakichkolwiek podstaw wiedzy będzie bardzo ciężkie. Zwłaszcza dla mnie. Gdybym był typem, który się łatwiej poddaje, oddałbym ją na naukę u jednego z najlepszych mistrzów magii w Iudicium. Ale gdybym się łatwiej poddawał, nigdy nie zostałbym królem.
Wszedłem do gabinetu w sekundzie, w której sylwetka dziewczyny zniknęła na kręconych schodach. Mógłbym zatrzymać ją jakoś, zmusić krzykiem albo zbudować magiczną barierę, nagiąć jej wolę w jakiś sposób tak, żeby nie oddaliła się bez mojego pozwolenia. Ale nie zrobiłem tego. Głównie dlatego, że im dłużej z nią przebywałem, tym bardziej bałem się, że sam ją zamorduję, tylko tym razem nie w formie ćwiczeń. Może by mi się to nie udało, o ile moja teza o samowoli Mocy dziewczyny jest prawdziwa, może by mnie powstrzymała. A może nie i skończyłbym bez broni, za którą dużo zapłaciłem i dla której sporo ryzykowałem.
Westchnąłem ciężko, gdy upewniłem się, że nikt mnie nie słyszy i nikogo nie ma w pobliżu dziesiątek stóp. Skoro już tu wszedłem, miałem zamiar wykorzystać te kilka chwil na bycie samemu i na to, co naprawdę lubiłem jako jedną z niewielu rzeczy na świecie. Mogłem zająć się eliksirami i nowymi formułami, zagłębić się w obszernym tomie Historii Powszechnej spisanej podług Podań i Legend napisanej przez uczonego Sadeasa i uważanej za najdokładniejsze odwzorowanie wojen Pięciu Królestw. Mogłem odpocząć poprzez zagłębienie się w świat magii, mistyki i filozofii.
I właśnie to zrobiłem.



Róża ta zamknięta była pod szklaną kopułą. Oglądała normalnie świat, który ją otaczał, ale nie uczestniczyła bezpośrednio w jego wydarzeniach. Nie istniała w nim na tych samych zasadach, co rozliczne kwiaty w ogrodach okalających balkony i tarasy zamku od strony południowej. Mogła uważać, że jest jego częścią, ale w rzeczywistości była zupełnie sama, w innym wymiarze, w innej rzeczywistości.
Musnęłam dłonią szkło; nie mogłam dotknąć jej bezpośrednio. Przyłożyłam dłoń na kopule i pchnęłam mocniej, ale ta nawet nie drgnęła. Kwiat uwięziony był za sprawą magii pod szkłem i mimo że nie dostawał życiodajnej wody i tlenu, za sprawą tejże magii żył i wspaniale dla oka rozkwitał, mając nigdy nie zwiędnąć. Wieczne życie w klatce, z której nikt nie może jej uwolnić.
Śliczna, lecz zamknięta. Żyjąca, choć nieżywa. Stojąca samotnie w pięknie zdobionej klatce i mająca widok na świat zewnętrzny, choć nigdy nie będzie mogła go dosięgnąć.
Tak, jak ja.
Czułam, jak melancholia zbliża się do nie potężną falą. Wyczuwałam jej nadejście zawsze kilka sekund przed tym, jak uderzała we mnie całą siłą i nigdy nie mogłam jej powstrzymać. Cofnęłam dłoń, a kiedy ręka oderwała się od szkła, bezwładnie opadła wzdłuż mojego ciała. Musnęła jedwabną tkaninę rozkloszowanej sukni uszytej na najnowszą modłę z dalekich krajów, która to podobno pięknie uwydatniała moją sylwetkę, z natury szczupłą i o mało bujnych kształtach. Miałam na sobie drogie klejnoty, których mogłaby mi zazdrościć niejedna księżna z innych państw nawet na wystawnej gali, choć dzisiaj nie był żaden szczególny dzień. Miałam być piękna i chciałam taka być. Jak ona.
Odwróciłam się od róży – prezentu na osiemnaste urodziny od brata na znak, że nigdy nie będę wolna – która była jedną z ładniejszych przedmiotów w tym pokoju. Choć mojej sypialni niczego nie brakowało. Niespiesznym, godnym samej królowej krokiem przemierzyłam pomieszczenie, spojrzeniem wodząc po wzorzystych firanach, kwiecistych tapetach i szlachetnych meblach sprowadzanych z najróżniejszych zakątków świata. Każdy element pokoju znałam na pamięć, a jednak wciąż sprawiało mi przyjemność patrzenie na te wzory i eleganckie rzeczy, które mnie otaczały. Żeby przypomnieć sobie, że nie jest źle. Żeby pamiętać, że chociaż byłam zamknięta i uwięziona więzami krwi, przynajmniej znajdowałam się w królewskim zamku, w którym nigdy niczego mi nie zabraknie i w którym każdy spełni moją nawet najdrobniejszą zachciankę.
Wyszłam na korytarz i ruszyłam przed siebie. Mimo braku Mocy i zdolności przepuszczania jej przez swoje ciało jak mój brat, wyraźnie czułam JEJ obecność. Ciężko byłoby przegapić te dwa potężne wyładowania Mocy i byłam pewna, że Aldamir też je poczuł, a ja pragnęłam być pierwsza. Eirik mówił o niej. Mówił, jak się zachowywać, co robić, a czego nie, jak zwykle. Wpoił mi zasady do głowy, a ja wchłonęłam je jak sucha gąbka szklankę wody. Po to, żeby nigdy się do nich nie zastosować.
Pod dłonią wciąż zbyt wyraźnie czułam chłód szyby kopuły wieńczącej moją różę.
Wiedziona przeczuciem, królewskim instynktem błękitnej krwi toczącej się w moich żyłach, w końcu trafiłam na nowego gościa. Siedziała skulona pod ścianą jednego z głównych korytarzy we wschodniej części zamku, tych samych, które prowadziły dalej do stajni i do tylnego wyjścia prowadzącego na szlak górski – nikt od dziesięcioleci nie pokonał go pieszo.
Wyglądała na biedną, zmęczoną dziewczynkę, ale potrafiłam sięgnąć głębiej niż to. Zauważyłam jasny płomień, który palił się w jej ciele. Dostrzegłam siłę i determinację, zanim zdążyła się odezwać, zanim w ogóle mnie zauważyła i podniosła na mnie spojrzenie. A w końcu widziałam Moc. Nawet ja, osoba, która nie potrafi jej zauważyć. Na kilka sekund zaparło mi dech w piersiach i tylko jej ciche słowa pomogły mi wrócić do rzeczywistości.
— Nie jest taki zły — odpowiedziałam niezbyt głośno, lecz mój głos wyraźnie przeszył ciszę. Nie musiałam chyba pytać do kogo była skierowana ta obelga. Na twarzy pozostawiłam obojętność, a badawcze spojrzenie wbiłam w dziewczynę. Zaintrygowała mnie.
Splotłam dłonie przed sobą jak na księżniczkę przystało, a prosta postawa ciała musiała świadczyć o mojej szlachetnej krwi.
— Witaj. Mój brat pewnie nie pozostawił mi pola do popisu, jednak bardzo chciałam się z tobą spotkać, aby móc przywitać cię w progach królestwa Iudicium, a zwłaszcza na zamku królewskim — wyrzuciłam z siebie spokojnym głosem, opanowanym jak na księżniczkę przystało. Mocniej ścisnęłam dłonie, choć może nie było to zauważalne. — Jestem jego księżniczką. Freya Hav'caaren.
------------------------------------------------------------------------------------