Znowu skracała dystans między nami. Zaczęło się to robić irytujące
– kiedy ja chciałem kogoś przytłoczyć swoją bliskością, nie było problemu.
Gorzej, kiedy ktoś inny zaczynał przekraczać moją strefę komfortu. Denerwowało
mnie, że nie boi podejść się tak blisko i przyrzekłem sobie, że w przyszłości
muszę spróbować zaatakować ją właśnie w takiej chwili. Żeby się bała. Nauczyć,
że tylko ja mogę to robić.
— Wątpię — odpowiedziałem cicho, a moje usta wykrzywił krzywy
uśmiech nie mający nic wspólnego z rozbawieniem.
Nawet jeśli ona sama faktycznie nie próbowałaby się ratować, po
tej lekcji już wiedziałem, że skoro nie umie panować nad magią, to na pewno
sama Moc uratuje ją z każdej sytuacji. Dlaczego tak mało zdawała sobie sprawę z
własnych zdolności i możliwości? Dlaczego tak mało rozumiała swoje ciało? Jej niewiedza
i ignorancja działały mi na nerwy. Nie miała się od kogo tego nauczyć,
oczywiście, ale czułem, że przekazanie jej jakichkolwiek podstaw wiedzy będzie
bardzo ciężkie. Zwłaszcza dla mnie. Gdybym był typem, który się łatwiej
poddaje, oddałbym ją na naukę u jednego z najlepszych mistrzów magii w
Iudicium. Ale gdybym się łatwiej poddawał, nigdy nie zostałbym królem.
Wszedłem do gabinetu w sekundzie, w której sylwetka dziewczyny
zniknęła na kręconych schodach. Mógłbym zatrzymać ją jakoś, zmusić krzykiem
albo zbudować magiczną barierę, nagiąć jej wolę w jakiś sposób tak, żeby nie
oddaliła się bez mojego pozwolenia. Ale nie zrobiłem tego. Głównie dlatego, że
im dłużej z nią przebywałem, tym bardziej bałem się, że sam ją zamorduję, tylko
tym razem nie w formie ćwiczeń. Może by mi się to nie udało, o ile moja teza o
samowoli Mocy dziewczyny jest prawdziwa, może by mnie powstrzymała. A może nie
i skończyłbym bez broni, za którą dużo zapłaciłem i dla której sporo
ryzykowałem.
Westchnąłem ciężko, gdy upewniłem się, że nikt mnie nie słyszy i
nikogo nie ma w pobliżu dziesiątek stóp. Skoro już tu wszedłem, miałem zamiar
wykorzystać te kilka chwil na bycie samemu i na to, co naprawdę lubiłem jako
jedną z niewielu rzeczy na świecie. Mogłem zająć się eliksirami i nowymi
formułami, zagłębić się w obszernym tomie Historii
Powszechnej spisanej podług Podań i Legend
napisanej przez uczonego Sadeasa i uważanej za najdokładniejsze odwzorowanie
wojen Pięciu Królestw. Mogłem odpocząć poprzez zagłębienie się w świat magii,
mistyki i filozofii.
I właśnie to zrobiłem.
Róża ta zamknięta była pod szklaną kopułą. Oglądała normalnie świat,
który ją otaczał, ale nie uczestniczyła bezpośrednio w jego wydarzeniach. Nie istniała w nim na tych
samych zasadach, co rozliczne kwiaty w ogrodach okalających balkony i tarasy zamku od strony południowej. Mogła uważać, że jest jego częścią, ale w
rzeczywistości była zupełnie sama, w innym wymiarze, w innej rzeczywistości.
Musnęłam dłonią szkło; nie mogłam dotknąć jej bezpośrednio. Przyłożyłam dłoń
na kopule i pchnęłam mocniej, ale ta nawet nie drgnęła. Kwiat uwięziony był za
sprawą magii pod szkłem i mimo że nie dostawał życiodajnej wody i tlenu, za
sprawą tejże magii żył i wspaniale dla oka rozkwitał, mając nigdy nie zwiędnąć. Wieczne
życie w klatce, z której nikt nie może jej uwolnić.
Śliczna, lecz zamknięta. Żyjąca, choć nieżywa. Stojąca samotnie w pięknie zdobionej klatce i mająca widok na świat zewnętrzny, choć nigdy nie będzie mogła go
dosięgnąć.
Tak, jak ja.
Czułam, jak melancholia zbliża się do nie potężną falą. Wyczuwałam jej nadejście
zawsze kilka sekund przed tym, jak uderzała we mnie całą siłą i nigdy nie
mogłam jej powstrzymać. Cofnęłam dłoń, a kiedy ręka oderwała się od szkła,
bezwładnie opadła wzdłuż mojego ciała. Musnęła jedwabną tkaninę
rozkloszowanej sukni uszytej na najnowszą modłę z dalekich krajów, która to podobno pięknie uwydatniała moją
sylwetkę, z natury szczupłą i o mało bujnych kształtach. Miałam na sobie drogie
klejnoty, których mogłaby mi zazdrościć niejedna księżna z innych państw nawet
na wystawnej gali, choć dzisiaj nie był żaden szczególny dzień. Miałam być
piękna i chciałam taka być. Jak ona.
Odwróciłam się od róży – prezentu na osiemnaste urodziny od brata
na znak, że nigdy nie będę wolna – która była jedną z ładniejszych przedmiotów
w tym pokoju. Choć mojej sypialni niczego nie brakowało. Niespiesznym, godnym
samej królowej krokiem przemierzyłam pomieszczenie, spojrzeniem wodząc po
wzorzystych firanach, kwiecistych tapetach i szlachetnych meblach sprowadzanych
z najróżniejszych zakątków świata. Każdy element pokoju znałam na pamięć, a
jednak wciąż sprawiało mi przyjemność patrzenie na te wzory i eleganckie rzeczy,
które mnie otaczały. Żeby przypomnieć sobie, że nie jest źle. Żeby pamiętać, że
chociaż byłam zamknięta i uwięziona więzami krwi, przynajmniej znajdowałam się
w królewskim zamku, w którym nigdy niczego mi nie zabraknie i w którym każdy
spełni moją nawet najdrobniejszą zachciankę.
Wyszłam na korytarz i ruszyłam przed siebie. Mimo braku Mocy i
zdolności przepuszczania jej przez swoje ciało jak mój brat, wyraźnie czułam JEJ obecność. Ciężko byłoby
przegapić te dwa potężne wyładowania Mocy i byłam pewna, że Aldamir też je
poczuł, a ja pragnęłam być pierwsza. Eirik mówił o niej. Mówił, jak się
zachowywać, co robić, a czego nie, jak zwykle. Wpoił mi zasady do głowy, a ja
wchłonęłam je jak sucha gąbka szklankę wody. Po to, żeby nigdy się do nich nie zastosować.
Pod dłonią wciąż zbyt wyraźnie czułam chłód szyby kopuły
wieńczącej moją różę.
Wiedziona przeczuciem, królewskim instynktem błękitnej krwi
toczącej się w moich żyłach, w końcu trafiłam na nowego gościa. Siedziała
skulona pod ścianą jednego z głównych korytarzy we wschodniej części zamku,
tych samych, które prowadziły dalej do stajni i do tylnego wyjścia prowadzącego
na szlak górski – nikt od dziesięcioleci nie pokonał go pieszo.
Wyglądała na biedną, zmęczoną dziewczynkę, ale potrafiłam sięgnąć
głębiej niż to. Zauważyłam jasny płomień, który palił się w jej ciele.
Dostrzegłam siłę i determinację, zanim zdążyła się odezwać, zanim w ogóle mnie
zauważyła i podniosła na mnie spojrzenie. A w końcu widziałam Moc. Nawet ja,
osoba, która nie potrafi jej zauważyć. Na kilka sekund zaparło mi dech w
piersiach i tylko jej ciche słowa pomogły mi wrócić do rzeczywistości.
— Nie jest taki zły — odpowiedziałam niezbyt głośno, lecz mój głos
wyraźnie przeszył ciszę. Nie musiałam chyba pytać do kogo była skierowana ta
obelga. Na twarzy pozostawiłam obojętność, a badawcze spojrzenie wbiłam w
dziewczynę. Zaintrygowała mnie.
Splotłam dłonie przed sobą jak na księżniczkę przystało, a prosta
postawa ciała musiała świadczyć o mojej szlachetnej krwi.
— Witaj. Mój brat pewnie nie pozostawił mi pola do popisu, jednak
bardzo chciałam się z tobą spotkać, aby móc przywitać cię w progach królestwa
Iudicium, a zwłaszcza na zamku królewskim — wyrzuciłam z siebie spokojnym
głosem, opanowanym jak na księżniczkę przystało. Mocniej ścisnęłam dłonie, choć
może nie było to zauważalne. — Jestem jego księżniczką. Freya Hav'caaren.

