Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
33.


Stałem niewzruszenie, spojrzenie wbijając w jakiś nie do końca nieznany mi, odległy punkt; zawiesiłem je gdzieś na płaskorzeźbie pokrywającej potężne filary utrzymujące sklepienie dziesiątki albo nawet setki stóp nad moją głową. Zimny, bezwzględny w swym pięknie marmur i wyrzeźbione w nim krajobrazy były tu od zawsze, odkąd pamiętam zaskakiwały mnie swoim majestatem i urokiem zawartym w tak trwałym materiale. Były mi bliższe niż niejeden człowiek; przywiązany bowiem byłem do rzeczy i posiadania, nie do któregokolwiek z ludzi. W ten sposób wciąż mogłem rządzić tą potężną, wyniszczoną przez wojny krainą, wciąż trzeźwym okiem potrafiłem osądzać zdarzenia i ludzi, podejmować rozsądne decyzje mające na celu dobro większe niż szczęście bądź życie jednostki. Można było zarzucać mi niejedno – świadom byłem swojego silnego charakteru, który ludzie często mylili z okrucieństwem lub bezlitością – lecz byłem najlepszym, co mogło w tych czasach otrzymać Iudicium. Z moją pomocą ono znów stanie na nogi, stabilnie, szeroko rozstawione i pewne. Odegramy się z nawiązką we wszystkim innym krainom, które zdewastowały nasze pola uprawne i zepchnęły nas w głąb gór, skazując na życie wręcz koczownicze.
Echo kroków odbiło się po całej komnacie, trafiając prosto do moich uszu. Drgnąłem, wyprostowałem się nawet mocniej niż dotychczas, choć robiłem to raczej mimowolnie. Na twarz przybrałem doskonałą obojętność, która zapewne nie pozostanie tam dłużej niż kilka pierwszych chwil obecności księżniczki. Dziewczyna, choć Moc wypełniała ją po same cebulki włosów, była wręcz niemożliwa do zniesienia. Zdawała się nie uznawać mojej potęgi i władzy nad jej życiem, co okazywane w tak oczywisty sposób doprowadzało mnie do czystej furii. Skierowałem wzrok w kierunku dwóch osób, które pojawiły się w drzwiach prowadzących od moich komnat.
Dziewczyna nawet w tej sytuacji nie dała po sobie poznać jakichkolwiek objaw dobrego wychowania czy pokory. Nie liczyło się nic, o co nie trzeba był walczyć własnymi pazurami i zębami, o co nie spłynął po skroniach pot. Nie warta była rzecz nie potrzebująca zachodu. Czy podświadomie sam nie liczyłem na ciężką walkę z tą kruchą, licho zbudowaną dziewczyną? Dobrze wiedziałem, że postura nie ma tu nic do rzeczy. Że prawdziwa potęga czai się w sile umysłu; w determinacji.
Tej zdawało się księżniczce Cataleyi nie brakować.
— Możesz odejść — rzuciłem sucho do służącej, nie patrząc w jej stronę ani na moment. Kątem oka widziałem tylko, jak wycofała się w niskim ukłonie, aż całkiem zniknęła z pola widzenia.
Spojrzenie miałem skupione na twarzy księżniczki, która z resztą pięknie je odwzajemniała. Nie byłem przyzwyczajony do jawnej pogardy kierowanej do mojej osoby, ba, widziałem ją po raz pierwszy od wielu lat, nie licząc oczywiście wczorajszego dnia wielce w takie spojrzenia obfitego. Wobec tego działała mi na nerwy. Byłem przyzwyczajony do usłużności, wdzięczności lub – najlepiej – przerażenia czającego się gdzieś głęboko w źrenicach moich rozmówców.
— Dzisiaj przećwiczymy podstawy — prychnąłem, na tyle cicho, żeby dziewczyna musiała się zbliżyć, żeby cokolwiek zrozumieć. Przegrałem niemy pojedynek i sam zacząłem temat, podczas gdy ona afiszowała swoje fochy, ale bynajmniej nie zamierzałem rozmawiać na jej warunkach i krzyczeć przez całe pomieszczenie. — Za mną. Wyjdziemy do ogrodu, tam pokażę ci na czym polega czerpanie Mocy.
Po tych słowach po prostu odwróciłem się na pięcie i wybrałem te drzwi, które prowadziły do południowej części zamku, gdzie znajdowały się okazałe, piękne ogrody zupełnie nie pasujące do całego zamku z czarnego marmuru, ponurego i wyglądającego na taki, w którym nic nie ma prawa urosnąć ani żyć. Mimo niskich temperatur w ciągu całego roku i otoczenia gór, których pokrywy śnieżne na czubkach nie ustępowały nawet w okresie letnim, ogród istniał i był może nawet piękniejszy, niż ogrody w cieplejszych krainach, gdzie natura bardziej sprzyjała ogrodnikom. Ten działał dzięki magii – jak większość rzeczy w moim zamku – zatem był idealnym miejscem do nauki czerpania. Było to bowiem łatwe jak konstrukcja cepa. Dla mnie, być może nie dla osoby, która nigdy tego świadomie nie robiła.
Zatrzymałem się między krzewami aż uginającymi się pod ciężarem pięknych kwiatów, których lepki, ciężki zapach unosił się wszędzie dookoła, po czym wolno odwróciłem się w stronę księżniczki.
— Sięgnij w głąb siebie, w głąb tej magicznej ziemi i pobierz Moc, ale tylko odrobinę. Na tyle, żeby rozwinąć pąk tego kwiatu — rozkazałem, zatrzymując na niej spojrzenie. — Musisz odnaleźć żyłę płynącą pod naszymi stopami i złapać ją, delikatnie przyciągnąć w swoją stronę aż poczujesz, jak dotyka opuszków palców lekkim mrowieniem. Wtedy zaczerpnij jej jak oddechu. Uważaj jednak... To jak łapanie wody w dziurawy czerpak. Musisz znaleźć sposób, aby załatać dziury. Poczujesz, kiedy to się stanie... Ogarnie cię dziwne, nieprzyjemne początkowo ciepło. No, już — ostatnie dwa słowa niemal warknąłem, zdając sobie sprawę, że mój głos łagodnieje, a oczy zachodzą mgiełką, kiedy rozprawiam o magii i Mocy.
------------------------------------------------------------------------------------