Stałem niewzruszenie, spojrzenie
wbijając w jakiś nie do końca nieznany mi, odległy punkt; zawiesiłem je gdzieś
na płaskorzeźbie pokrywającej potężne filary utrzymujące sklepienie dziesiątki
albo nawet setki stóp nad moją głową. Zimny, bezwzględny w swym pięknie marmur
i wyrzeźbione w nim krajobrazy były tu od zawsze, odkąd pamiętam zaskakiwały
mnie swoim majestatem i urokiem zawartym w tak trwałym materiale. Były mi
bliższe niż niejeden człowiek; przywiązany bowiem byłem do rzeczy i posiadania,
nie do któregokolwiek z ludzi. W ten sposób wciąż mogłem rządzić tą potężną,
wyniszczoną przez wojny krainą, wciąż trzeźwym okiem potrafiłem osądzać
zdarzenia i ludzi, podejmować rozsądne decyzje mające na celu dobro większe niż
szczęście bądź życie jednostki. Można było zarzucać mi niejedno – świadom byłem
swojego silnego charakteru, który ludzie często mylili z okrucieństwem lub
bezlitością – lecz byłem najlepszym, co mogło w tych czasach otrzymać Iudicium.
Z moją pomocą ono znów stanie na nogi, stabilnie, szeroko rozstawione i pewne.
Odegramy się z nawiązką we wszystkim innym krainom, które zdewastowały nasze
pola uprawne i zepchnęły nas w głąb gór, skazując na życie wręcz koczownicze.
Echo kroków odbiło się po całej komnacie,
trafiając prosto do moich uszu. Drgnąłem, wyprostowałem się nawet mocniej niż
dotychczas, choć robiłem to raczej mimowolnie. Na twarz przybrałem doskonałą
obojętność, która zapewne nie pozostanie tam dłużej niż kilka pierwszych chwil
obecności księżniczki. Dziewczyna, choć Moc wypełniała ją po same cebulki
włosów, była wręcz niemożliwa do zniesienia. Zdawała się nie uznawać mojej potęgi
i władzy nad jej życiem, co okazywane w tak oczywisty sposób doprowadzało mnie
do czystej furii. Skierowałem wzrok w kierunku dwóch osób, które pojawiły się w
drzwiach prowadzących od moich komnat.
Dziewczyna nawet w tej sytuacji nie dała po
sobie poznać jakichkolwiek objaw dobrego wychowania czy pokory. Nie liczyło się
nic, o co nie trzeba był walczyć własnymi pazurami i zębami, o co nie spłynął
po skroniach pot. Nie warta była rzecz nie potrzebująca zachodu. Czy
podświadomie sam nie liczyłem na ciężką walkę z tą kruchą, licho zbudowaną
dziewczyną? Dobrze wiedziałem, że postura nie ma tu nic do rzeczy. Że prawdziwa
potęga czai się w sile umysłu; w determinacji.
Tej zdawało się księżniczce Cataleyi nie brakować.
— Możesz odejść — rzuciłem sucho do służącej,
nie patrząc w jej stronę ani na moment. Kątem oka widziałem tylko, jak wycofała
się w niskim ukłonie, aż całkiem zniknęła z pola widzenia.
Spojrzenie miałem skupione na twarzy
księżniczki, która z resztą pięknie je odwzajemniała. Nie byłem przyzwyczajony
do jawnej pogardy kierowanej do mojej osoby, ba, widziałem ją po raz pierwszy
od wielu lat, nie licząc oczywiście wczorajszego dnia wielce w takie spojrzenia
obfitego. Wobec tego działała mi na nerwy. Byłem przyzwyczajony do usłużności, wdzięczności
lub – najlepiej – przerażenia czającego się gdzieś głęboko w źrenicach moich
rozmówców.
— Dzisiaj przećwiczymy podstawy — prychnąłem,
na tyle cicho, żeby dziewczyna musiała się zbliżyć, żeby cokolwiek zrozumieć.
Przegrałem niemy pojedynek i sam zacząłem temat, podczas gdy ona afiszowała
swoje fochy, ale bynajmniej nie zamierzałem rozmawiać na jej warunkach i
krzyczeć przez całe pomieszczenie. — Za mną. Wyjdziemy do ogrodu, tam pokażę ci
na czym polega czerpanie Mocy.
Po tych słowach po prostu odwróciłem się na
pięcie i wybrałem te drzwi, które prowadziły do południowej części zamku, gdzie
znajdowały się okazałe, piękne ogrody zupełnie nie pasujące do całego zamku z
czarnego marmuru, ponurego i wyglądającego na taki, w którym nic nie ma prawa
urosnąć ani żyć. Mimo niskich
temperatur w ciągu całego roku i otoczenia gór, których pokrywy śnieżne na
czubkach nie ustępowały nawet w okresie letnim, ogród istniał i był może nawet
piękniejszy, niż ogrody w cieplejszych krainach, gdzie natura bardziej
sprzyjała ogrodnikom. Ten działał dzięki magii – jak większość rzeczy w moim
zamku – zatem był idealnym miejscem do nauki czerpania. Było to bowiem łatwe
jak konstrukcja cepa. Dla mnie, być może nie dla osoby, która nigdy tego świadomie
nie robiła.
Zatrzymałem się między krzewami aż uginającymi
się pod ciężarem pięknych kwiatów, których lepki, ciężki zapach unosił się
wszędzie dookoła, po czym wolno odwróciłem się w stronę księżniczki.
— Sięgnij w głąb siebie, w głąb tej magicznej
ziemi i pobierz Moc, ale tylko odrobinę. Na tyle, żeby rozwinąć pąk tego kwiatu
— rozkazałem, zatrzymując na niej spojrzenie. — Musisz odnaleźć żyłę płynącą
pod naszymi stopami i złapać ją, delikatnie przyciągnąć w swoją stronę aż
poczujesz, jak dotyka opuszków palców lekkim mrowieniem. Wtedy zaczerpnij jej
jak oddechu. Uważaj jednak... To jak łapanie wody w dziurawy czerpak. Musisz
znaleźć sposób, aby załatać dziury. Poczujesz, kiedy to się stanie... Ogarnie
cię dziwne, nieprzyjemne początkowo ciepło. No, już — ostatnie dwa słowa niemal
warknąłem, zdając sobie sprawę, że mój głos łagodnieje, a oczy zachodzą
mgiełką, kiedy rozprawiam o magii i Mocy.
