Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
29 grudnia 2017
6.



Ciężkie słowa władcy Iudicium echem odbiły się w czaszce, boleśnie trafiając do mej świadomości. "Mam prawo decydowania o tym, co moje" - co, na litość boską, chciał przez to powiedzieć? Co miały znaczyć te przepełnione chciwością słowa i wywyższające spojrzenie, którymi raczył mnie z tak ordynarną lekkością? Bałam się ukrytego przesłania, o którym byłam właśnie uświadamiana. Nie chciałam usłyszeć tego na głos, choć wewnętrznie spodziewałam się, co mnie czeka.
Starałam się zbytnio nie wyglądać na niepewną swej sytuacji, choć ciężkie, świadczące o istnej furii, spojrzenie mężczyzny, powodowało, iż czułam się coraz bardziej krucha i bezradna. Władca wyglądał niczym wykuta ze szlachetnego kamienia rzeźba; choćby najmniejszy mięsień nie ważył się drgnąć na jego złowrogiej twarzy. Męsko zarysowana szczęka była mocno zaciśnięta, przez co pod skórą mogłam idealnie dostrzec linię żuchwy, ukrywającą się pod delikatnym zarostem, dodającym jego aparycji jeszcze większej powagi. Dostrzegłam również kurczowo zaciśniętą, dużą dłoń, której najmniejszy ruch, wydawał się być w stanie przepołowić najcięższe przedmioty. Reakcja blondyna była niepokojąca, a jednocześnie przynosiła satysfakcję - dzięki temu wiedziałam, że moje próby zagrania mu na nerwach  doszły do skutku.
Z każdym kolejnym słowem władcy Iudicium czułam jak mięśnie mego ciała zaczynają się napinać, powodując tym samym przepływ kolejnego prądu. Koniuszki zaciśniętych kurczowo palców zapiekły niebezpiecznie, a krew zaszumiała w uszach. Nie śmiałam się poruszyć, nie mogłam nawet odetchnąć głęboko, by pozornie przywrócić sobie bezpieczny spokój. Jak on w ogóle śmiał twierdzić, że moi rodzice mogliby zamknąć mnie w więzieniu? Przecież... Przecież to wcale nie tak wyglądało. Zgodziłam się na to, wspólnie doszliśmy do takiego rozwiązania, mięliśmy na względzie dobro naszego królestwa. Jakże mogłabym narażać niewinnych ludzi, dzieci, na coś, czego sama nie rozumiałam? Nie umiałam nad tym zapanować, kto wie, czy któregoś dnia nie skończyłoby się gorzej, niżli na trzęsieniach ziemi, czy zawalonych budynkach?
- A czyż twój zamek nie stanie się dla mnie kolejną złotą klatką, wasza wysokość? - sapnęłam nad wyraz spokojnie, choć oczy powoli ogarniała wściekłość i zwykła bezradność. Blondyn poruszał moje najsłabsze punkty, doskonale wiedział, gdzie uderzyć, by mnie zabolało. - Czyż nie będę od tej pory zdana jedynie na twą łaskę, bez jakichkolwiek praw do wypowiedzenia własnego zdania? Twierdzisz, że możesz mi pomóc - tutaj głos zadrżał mi nieznacznie - ale jakim kosztem? Co planujesz zrobić już po tym, gdy osiągniesz zamierzony efekt? Ja wreszcie będę wolna od codziennego strachu i bólu, który rozsadza każdą najmniejszą cząstkę mego ciała, aczkolwiek będzie to tylko pozorne, ponieważ nie wypuścisz z rąk kogoś z tak paskudnym, a zarazem niszczycielskim przekleństwem jak ja.
Chociaż mówiłam wolno i spokojnie, ważąc każde wypowiedziane słowo, to w kącikach błękitnych oczu zaczynały iskrzyć się drobne łzy. Król twierdził, że jestem głupią, dobrze urodzoną panienką, że nie zdaję sobie sprawy z powagi sytuacji. Wiedziałam więcej niż mu się wydawało, dostrzegałam fakty, które podświadomie chciał ukryć. Mimo, że nie rozumiałam tego co się ze mną działo, nie panowałam nad potęgą, która przysparzała mi tyle cierpienia, to nie byłam idiotką. Ktoś tak bezwzględny i władczy, nie mógł od tak się mną zainteresować. Miał wielkie plany, a ja nie byłam przekonana, czy chciałabym być ich częścią.
- Przestań... - wyszeptałam ciężko, zaciskając kurczowo swoje powieki, chcąc tym samym odgonić niechciane łzy. - Przestań udawać, że tak doskonale mnie znasz! - wreszcie podniosłam swój delikatny głos, który echem odbił się od pustych ścian sali tronowej. Zaciśnięte kurczowo piąstki zadrżały mi niebezpiecznie, podobnie jak całe ciało. Zgryzłam mocno policzek, przy okazji robiąc sobie ranę na wewnętrznej stronie ust. Poczułam odrobinę metalicznego smaku na języku.
- Sądzisz, że wewnętrzy ból jest najgorszy? Że te wszystkie koszmary, trawiący mnie od środka ogień, czy pulsujące szaleńczo serce jest moim największym zmartwieniem? - parsknęłam gorzko, robiąc dwa kroki do przodu; stanęłam na pierwszym stopniu prowadzącym do tronu, czując jak kamień pod mymi butami powoli zaczyna pękać. - Nie masz pojęcia czym jest prawdziwe cierpienie - wychrypiałam gorzko, patrząc na niego świdrującym wzrokiem. - Jak to jest patrzeć na śmierć ufających ci ludzi. Kiedy prosisz o pomoc w pozbyciu się tego cholernego przekleństwa, a w zamian zbierasz mordercze żniwo, wybijając niemalże całą służbę z magicznymi zdolnościami. Wystarczy tylko chwila nieuwagi, a ludzie w królestwie umierają na paskudne choroby, na które nie ma żadnego lekarstwa - nie odrywałam wzroku od twarzy króla, czując jak niebezpieczna energia pożera mnie od środka. Weszłam na kolejny stopień, a ogromne świeczniki ustawione po obu stronach tronu zapłonęły wściekłym ogniem; gorący wosk począł spływać na kamienną posadzkę.
- Ale nie to jest w tym wszystkim najgorsze. Nie. Największy ból pojawia się wtedy, gdy niewinne dzieci, zgodnie z tradycją, zostają wybrane do złożenia oficjalnych życzeń i wieńca urodzinowego dla najstarszej księżniczki rodu Avgeropoulos od wszystkich poddanych, a jeszcze tej samej nocy umierają w paskudnych męczarniach, na oczach załamanych rodziców - pojedyncze łzy wydostały się z moich oczu, a rozpalony przed chwilą ogień zniknął jak za dotknięciem różdżki. Opuściłam bezradnie dłonie wzdłuż swego ciała, dopiero po chwili ponownie odnajdując chłodny wzrok mężczyzny. Uśmiechnęłam się gorzko, bez ani krzty wesołości.
- A więc, wasza wysokość, jeśli potrafisz mi pomóc - otarłam ostrożnie dolną wargę z krwi, jaka wypłynęła ze świeżej rany - to w porządku. Jestem w stanie zrobić wszystko, będę posłuszna wobec twoich wszelkich rozkazów... Ale wiedz jedno. Nie dopuszczę do tego, by ktokolwiek więcej przeze mnie cierpiał - dokończyłam twardym, pewnym siebie głosem, wlepiając na swą pobladłą twarz powagę. Przełknęłam powolnie ślinę, pragnąc poruszyć jeszcze jeden punkt zaczepienia. Coś, co od początku nie dawało mi spokoju.
- Powiedz mi, wasza wysokość, jaki wkład w to wszystko mieli moi rodzice? - serce chwilowo stanęło, oczekując w niepewności. Strach i obawa przed tym, że przypuszczenia okażą się być prawdą.
------------------------------------------------------------------------------------