Ciężkie
słowa władcy Iudicium echem odbiły się w czaszce, boleśnie trafiając do mej
świadomości. "Mam prawo decydowania o tym, co
moje" - co, na litość boską, chciał przez to powiedzieć? Co
miały znaczyć te przepełnione chciwością słowa i wywyższające spojrzenie,
którymi raczył mnie z tak ordynarną lekkością? Bałam się ukrytego przesłania, o
którym byłam właśnie uświadamiana. Nie chciałam usłyszeć tego na głos, choć
wewnętrznie spodziewałam się, co mnie czeka.
Starałam się
zbytnio nie wyglądać na niepewną swej sytuacji, choć ciężkie, świadczące o
istnej furii, spojrzenie mężczyzny, powodowało, iż czułam się coraz bardziej
krucha i bezradna. Władca wyglądał niczym wykuta ze szlachetnego kamienia rzeźba;
choćby najmniejszy mięsień nie ważył się drgnąć na jego złowrogiej twarzy.
Męsko zarysowana szczęka była mocno zaciśnięta, przez co pod skórą mogłam
idealnie dostrzec linię żuchwy, ukrywającą się pod delikatnym zarostem,
dodającym jego aparycji jeszcze większej powagi. Dostrzegłam również kurczowo
zaciśniętą, dużą dłoń, której najmniejszy ruch, wydawał się być w stanie
przepołowić najcięższe przedmioty. Reakcja blondyna była niepokojąca, a
jednocześnie przynosiła satysfakcję - dzięki temu wiedziałam, że moje próby
zagrania mu na nerwach doszły do skutku.
Z każdym
kolejnym słowem władcy Iudicium czułam jak mięśnie mego ciała zaczynają się
napinać, powodując tym samym przepływ kolejnego prądu. Koniuszki zaciśniętych
kurczowo palców zapiekły niebezpiecznie, a krew zaszumiała w uszach. Nie
śmiałam się poruszyć, nie mogłam nawet odetchnąć głęboko, by pozornie
przywrócić sobie bezpieczny spokój. Jak on w ogóle śmiał twierdzić, że moi
rodzice mogliby zamknąć mnie w więzieniu? Przecież... Przecież to wcale nie tak
wyglądało. Zgodziłam się na to, wspólnie doszliśmy do takiego rozwiązania,
mięliśmy na względzie dobro naszego królestwa. Jakże mogłabym narażać
niewinnych ludzi, dzieci, na coś, czego sama nie rozumiałam? Nie umiałam nad
tym zapanować, kto wie, czy któregoś dnia nie skończyłoby się gorzej, niżli na
trzęsieniach ziemi, czy zawalonych budynkach?
- A czyż
twój zamek nie stanie się dla mnie kolejną złotą klatką, wasza wysokość? -
sapnęłam nad wyraz spokojnie, choć oczy powoli ogarniała wściekłość i zwykła
bezradność. Blondyn poruszał moje najsłabsze punkty, doskonale wiedział, gdzie
uderzyć, by mnie zabolało. - Czyż nie będę od tej pory zdana jedynie na twą
łaskę, bez jakichkolwiek praw do wypowiedzenia własnego zdania? Twierdzisz, że
możesz mi pomóc - tutaj głos zadrżał mi nieznacznie - ale jakim kosztem? Co
planujesz zrobić już po tym, gdy osiągniesz zamierzony efekt? Ja wreszcie będę
wolna od codziennego strachu i bólu, który rozsadza każdą najmniejszą cząstkę
mego ciała, aczkolwiek będzie to tylko pozorne, ponieważ nie wypuścisz z rąk
kogoś z tak paskudnym, a zarazem niszczycielskim przekleństwem jak ja.
Chociaż
mówiłam wolno i spokojnie, ważąc każde wypowiedziane słowo, to w kącikach
błękitnych oczu zaczynały iskrzyć się drobne łzy. Król twierdził, że jestem
głupią, dobrze urodzoną panienką, że nie zdaję sobie sprawy z powagi sytuacji.
Wiedziałam więcej niż mu się wydawało, dostrzegałam fakty, które podświadomie
chciał ukryć. Mimo, że nie rozumiałam tego co się ze mną działo, nie panowałam
nad potęgą, która przysparzała mi tyle cierpienia, to nie byłam idiotką. Ktoś
tak bezwzględny i władczy, nie mógł od tak się mną zainteresować. Miał wielkie
plany, a ja nie byłam przekonana, czy chciałabym być ich częścią.
-
Przestań... - wyszeptałam ciężko, zaciskając kurczowo swoje powieki, chcąc tym
samym odgonić niechciane łzy. - Przestań udawać, że tak doskonale mnie znasz! -
wreszcie podniosłam swój delikatny głos, który echem odbił się od pustych ścian
sali tronowej. Zaciśnięte kurczowo piąstki zadrżały mi niebezpiecznie, podobnie
jak całe ciało. Zgryzłam mocno policzek, przy okazji robiąc sobie ranę na
wewnętrznej stronie ust. Poczułam odrobinę metalicznego smaku na języku.
- Sądzisz,
że wewnętrzy ból jest najgorszy? Że te wszystkie koszmary, trawiący mnie od
środka ogień, czy pulsujące szaleńczo serce jest moim największym zmartwieniem?
- parsknęłam gorzko, robiąc dwa kroki do przodu; stanęłam na pierwszym stopniu
prowadzącym do tronu, czując jak kamień pod mymi butami powoli zaczyna pękać. -
Nie masz pojęcia czym jest prawdziwe cierpienie - wychrypiałam gorzko, patrząc
na niego świdrującym wzrokiem. - Jak to jest patrzeć na śmierć ufających ci
ludzi. Kiedy prosisz o pomoc w pozbyciu się tego cholernego przekleństwa, a w
zamian zbierasz mordercze żniwo, wybijając niemalże całą służbę z magicznymi
zdolnościami. Wystarczy tylko chwila nieuwagi, a ludzie w królestwie umierają
na paskudne choroby, na które nie ma żadnego lekarstwa - nie odrywałam wzroku
od twarzy króla, czując jak niebezpieczna energia pożera mnie od środka.
Weszłam na kolejny stopień, a ogromne świeczniki ustawione po obu stronach
tronu zapłonęły wściekłym ogniem; gorący wosk począł spływać na kamienną
posadzkę.
- Ale nie to
jest w tym wszystkim najgorsze. Nie. Największy ból pojawia się wtedy, gdy
niewinne dzieci, zgodnie z tradycją, zostają wybrane do złożenia oficjalnych
życzeń i wieńca urodzinowego dla najstarszej księżniczki rodu Avgeropoulos od
wszystkich poddanych, a jeszcze tej samej nocy umierają w paskudnych męczarniach,
na oczach załamanych rodziców - pojedyncze łzy wydostały się z moich oczu, a
rozpalony przed chwilą ogień zniknął jak za dotknięciem różdżki. Opuściłam
bezradnie dłonie wzdłuż swego ciała, dopiero po chwili ponownie odnajdując
chłodny wzrok mężczyzny. Uśmiechnęłam się gorzko, bez ani krzty wesołości.
- A więc,
wasza wysokość, jeśli potrafisz mi pomóc - otarłam ostrożnie dolną wargę z
krwi, jaka wypłynęła ze świeżej rany - to w porządku. Jestem w stanie zrobić
wszystko, będę posłuszna wobec twoich wszelkich rozkazów... Ale wiedz jedno.
Nie dopuszczę do tego, by ktokolwiek więcej przeze mnie cierpiał - dokończyłam
twardym, pewnym siebie głosem, wlepiając na swą pobladłą twarz powagę.
Przełknęłam powolnie ślinę, pragnąc poruszyć jeszcze jeden punkt zaczepienia.
Coś, co od początku nie dawało mi spokoju.
- Powiedz
mi, wasza wysokość, jaki wkład w to wszystko mieli moi rodzice? - serce
chwilowo stanęło, oczekując w niepewności. Strach i obawa przed tym, że
przypuszczenia okażą się być prawdą.
