Wystarczyło
spojrzenie. To mroczne, przepełnione chorą satysfakcją spojrzenie, dawało mi
wymowny znak, iż niepotrzebnie pytałam; wszelkie obawy lada chwila miały stać
się prawdą. Choć twarz króla była niczym wykuta z kamienia, posiadająca tylko
jeden, nieprzyjemny wyraz, to jakimś cudem dostrzegłam, jak kącik jego pełnych
warg wyginają się w paskudnie złośliwym uśmieszku. Coś niebezpiecznego błysnęło
w niebiesko-zielonych tęczówkach; w powietrze wzniosło się przytłaczające
uczucie dominacji. Władca Iudicium rozkoszował się moją niepewnością,
namacalnie chłonął z niej jakeś dziwaczne ukontentowanie. Strach osób słabych,
dominacja nad nimi, stanowiły dla blondyna coś w rodzaju odpowiednika napoju
bogów.
Choć
podświadomie zdawałam sobie sprawę, że każde słowo jakie opuszczało gardło
króla, było celowo dobrane, specjalnie mocno zaakcentowane i użyte, to nie
potrafiłam zapanować nad targającymi mną emocjami. W tamtym momencie byłam
jednym wielkim kłębkiem nerwów, istnym chaosem wypaczających się wzajemnie
emocji, które rozsadzały mnie od środka. Wszystko wewnątrz mnie pulsowało,
każda tkanka paliła żywym ogniem, krew nieprzyjemnie pulsowała, jakby rozpętał
się w niej najprawdziwszy sztorm. Czułam jak oczy zachodzą mi lekką mgłą, a
umazana krwią dolna warga, zaczyna niekontrolowanie drżeć. Nie byłam w stanie
skupić się na swoim ciężkim oddechu, nie słyszałam nawet własnych myśli.
Jedynie co do mnie trafiało, to bolesne i bezczelne słowa króla, którego z
każdą sekundą nienawidziłam coraz bardziej. Nie byłam osobą mściwą, nigdy nikomu
źle nie życzyłam, nawet swojej przeklętej babce, przez którą przechodziłam cały
ten nieprawdopodobny koszmar. Jednak w tym momencie coś we mnie pękło. To
zupełnie tak, jakby wszelkie bariery ludzkiej moralności zatarły się i
pozwoliły uciec najpaskudniejszym myślom.
Nie
zorientowałam się, kiedy pozwoliłam sobie na zatracenie się w wewnętrznym
szaleństwie. Kosmyki brązowych włosów, jakie wydostały się z niechlujnego
upięcia, naelektryzowane od wypełniającej mnie mocy, poczęły unosić się
powolnie ku górze, tworząc dziwną oprawę wokół mej smukłej twarzy. W okolicach
pociemniałych oczu pojawiły się drobne, paskudne żyłki, a tatuaż na plecach
zapiekł, promieniując bólem do najmniejszej kości kręgosłupa.
- Przestań!
Jak śmiesz?! - wrzasnęłam rozdrażniona, wręcz nieludzkim, dudniącym głosem.
Ozdobne witraże w oknach pękły w mgnieniu oka, rozsypując się po podłodze
milionami kolorowych odłamków. Kawałki ostrego szkła uniosły się ku górze,
zawirowały niezgrabnie, a następnie przelatując tuż przy obliczy króla, wbiły
się w powierzchnię ogromnych wrót, przez które mnie tu wprowadzono.
- Kim
jesteś, żeby oceniać moich rodziców?! Kto dał ci prawo do wypowiadania się w
ten sposób?! Dziwka?! Zużyty mebel?! Czy wyglądam na nic nie warty przedmiot,
który od tak można oddać z rąk do rąk?! - coraz bardziej podnosiłam ton głosu,
a wraz z nim podłoga zaczynała coraz mocniej drżeć. Świeczniki tym razem
stanęły w najprawdziwszych płomieniach, sięgających samego sufitu, trzeszcząc
złowrogo tuż nad uchem władcy. Przez wybite okna wdarł się porywisty, kłujący
skórę wiatr, a zaraz po nim pojawiły się złowrogie grzmoty. Jaskrawe błyskawice
przecięły niebo; z ciężkich chmur spadł gęsty deszcz o dziwnej, pomarańczowej
barwie. Wyglądał znajomo; to on sprawił, że w moim królestwie zapanowała
paskudna epidemia, zbierająca przerażające, mordercze żniwo wśród poddanych.
Wewnętrznie skurczyłam się w sobie, próbowałam zaprzestać temu wszystkiemu,
przerażona ponową utratą kontroli. Problem był tylko jeden i zawsze ten sam - nie
potrafiłam.
