Zawiesiłem
spojrzenie na dziewczynie, odwracając się w jej stronę, kiedy ta rozglądała się
po ogrodzie. Zachwyt w jej oczach przyjemnie połechtał moje ego i choć z
zewnątrz pozostałem wciąż dumny, wyprostowany i niewzruszony, wewnątrz niemal
uśmiechnąłem się pysznie na ten widok. Korzystając z momentu, w którym Cataleya
skoncentrowała uwagę na czymś innym – choć powinienem być wściekły, że znów
mnie nie słucha – sam powiodłem spojrzeniem ponad krzewami, przy których się
znaleźliśmy.
Ogród
rozciągał się wzdłuż zamku, a ponieważ znajdował się na balkonach wiszących nad
doliną na przedpolu gór, nie był tak szeroki jak długi. Kilka metrów dalej
kończył się zdobioną na modłę elfów balustradą o smukłych słupkach rzeźbionych
w kwiaty. Nie posiadał przekrycia, był wystawiony na działanie warunków
atmosferycznych – przynajmniej pozornie, ponieważ oddzielała go magiczna
przepona. Wznosił się na różnych poziomach połączonych marmurowymi schodkami, a
życie na nim, jak już wspomniałem, zawdzięczaliśmy silnej magicznej żyle, która
tędy przepływała. Do jego utrzymania zatrudnionych było kilku nadwornych magów,
natomiast projektem zajmowali się najlepsi architekci, jakich nosił ten świat –
to znaczy elfy. Choć zamek z tej strony nie był widoczny dla ludzi
mieszkających w stolicy poniżej, gdyby spojrzeć na niego z daleka, dałoby się
dostrzec, jak bardzo ogród ten nie pasuje do reszty.
Pod naszymi
stopami zieleniła się wręcz sztucznie wyglądająca, soczysta trawa, której
źdźbła uginały się pod naporem naszych butów. Choć nie było tu żadnych drzew –
konstrukcja nie wytrzymałaby ich ciężaru, problemem byłyby również korzenie –
wcale nie brakowało różnorodności. Krzewy owocowały i wydawały piękne kwiaty.
Nie czuć było chłodu, choć na zewnątrz o tej porze roku temperatura musiała być
ujemna.
W końcu
przestałem podziwiać otoczenie i wróciłem do rzeczywistości, która nie malowała
się w tym momencie ani połową palety barw kwiatów w ogrodzie. Zażenowany, że
dałem się tak łatwo wyprowadzić z chłodnego opanowania po raz wtóry, wbiłem
spojrzenie zmrużonych oczu w dziewczynę, która wreszcie zabrała się do
wykonania mojego polecenia. Ustawiłem się na szeroko rozstawionych nogach,
złączyłem dłonie i skupiłem się, pozwalając wypłynąć mojej Mocy na
powierzchnię, tuż pod skórę. Jeśli coś pójdzie nie tak – a naprawdę wiele może
pójść nie po mojej myśli, choćby to, że dziewczyna zapomni o tym, że powinna
robić to delikatnie – musiałem być gotów na konsekwencje. Pierwszą oznaką, że
coś zaczyna się dziać, były delikatnie wyczuwalne zafalowania Mocy. Rozbiły się
o mnie niczym spokojne fale oceanu o piaszczystą plażę. Skoncentrowałem
spojrzenie na skupionej twarzy dziewczyny, kształtując w sobie Moc. Następnym
znakiem był delikatny wiatr, który zerwał się zupełnie znikąd i naturalnie
nigdy tu nie występował.
Choć
napięcie gromadzące się w moich mięśniach sprawiało wrażenie, że minęło wiele godzin,
w rzeczywistości musiało minąć nie więcej niż kilka chwil, kiedy nagle kwiat
drgnął i ożył. Płatki rozłożyły się spektakularnie, zaszła całkowita przemiana,
do pełnego rozkwitu. Nie spodziewałem się, że naprawdę to zrobi. Że otworzy pąk
za pierwszym razem, że w ogóle dzisiaj choćby zaczerpnie z żyły. Niedowierzanie
musiało w tej chwili odbić się na mojej twarzy, kiedy stałem tak bez ruchu z
mocno zaciśniętymi szczękami i wbijałem spojrzenie w efekt Mocy księżniczki.
Uwolniłem Moc, która rozproszyła się natychmiast w chwili, kiedy jej na to
pozwoliłem.
Czy to
zazdrość tak szarpnęła moimi trzewiami, czy może raczej zalążek ekscytacji?
Zanim udało
mi się po raz pierwszy jako dziecko zaczerpnąć Mocy, minęło kilka tygodni
żmudnych treningów, żeby w ogóle wyłapać żyłę przepływającą pod ziemią. Później
kolejne długie dni upłynęły na zmuszeniu jej, nagięciu rzeczywistości tak, aby
wysłuchała i spełniła moją wolę. Widok księżniczki Cataleyi, której udaje się
to za pierwszym razem... musiała zasiać ziarenko zawiści, zwłaszcza że
szczególnie łatwo się jej poddawałem, ale też przyniosło coś na kształt
radości. Jej Moc wkrótce będzie należała do mnie. Jeśli tak szybko opanowała
czerpanie – o ile nie był to zwykły przypadek – ileż szybciej nauczy się
wszystkich potężnych czarów? Poczułem dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa i
zanim zdążyłem się opamiętać, na moich wargach wykwitł drapieżny uśmiech
odsłaniający szereg zębów z mocniej zaostrzonymi kłami.
Dziewczyna
emanowała dumą i radością, którą wyczułem nawet w ogarniającym mnie
podnieceniu.
— Tak —
przyznałem otwarcie, na kilka chwil zawieszając spojrzenie na twarzy
księżniczki, z trudem oderwane od kwiatu, który stał się pierwszym elementem
naszych ćwiczeń. W innym wypadku zapewne mruknąłbym coś pod nosem albo wręcz
warknął, że to wciąż za mało; ale teraz byłem zbyt podekscytowany, żeby
prezentować swoją wyższość.
Czy liczyła
na moją pochwałę? Poczułem nieprzyjemne dźgnięcie w boku, kiedy tak stała i
patrzyła na mnie wyczekująco. W pamięci wciąż miałem jej uśmiech sprzed kilku
chwil; szczery, prawdziwy, który zmienił cały wyraz jej twarzy. I wciąż
pamiętałem jak sam cieszyłem się, kiedy po raz pierwszy udało mi się świadomie
użyć Mocy, po setkach prób. Na to wspomnienie automatycznie ponownie przybrałem
kamienny wyraz twarzy.
— Stopień
trudności zależy od złożoności istoty, na którą wpływasz — podjąłem, nie chcąc
ciągnąć tamtego tematu. — Rozwinąć kwiat jest o wiele łatwiej niż, powiedzmy,
zmienić sierść królikowi. Im bardziej skomplikowany obiekt, tym więcej Mocy
trzeba, aby na niego wpłynąć. Tym więcej trzeba świadomości, praktyki i
opanowania, a także wiedzy o budowie tego organizmu i sposobie, w jaki można tą
budowę zmienić. Mówię to głównie po to, żebyś nie próbowała leczyć żadnego człowieka, a w szczególności sama siebie. Najpierw musisz dowiedzieć się jak jesteśmy zbudowani, warstwa po warstwie, oraz jak można nas naprawić. Wymaga to też o wiele więcej uwagi i doświadczenia niż próba na kwiecie.
Odwróciłem
się na pięcie, z rękami splecionymi z tyłu ruszyłem wolno przed siebie.
Okrążyłem krzew.
— Poza tym
zależy to oczywiście od skali; naturalnie im więcej chcemy zmienić, tym więcej
Mocy na to zużyjemy i tym stanie się to trudniejsze. — Z tymi słowami
podniosłem prawą dłoń i delikatnie dotknąłem opuszkami palców innego pączka z
tego samego krzaka. Uwolniłem Moc i wszystkie kwiaty rozkwitły naraz, przygniatając
swoim ciężarem łodygi niemal do ziemi. — Można czerpać także z innych żywiołów niż ziemia,
ale to bardziej niebezpieczne. Szczególnie ogień, zostawimy go na koniec — dodałem jeszcze, ponownie stając przed
księżniczką.
Opowiadanie
o tym sprawiało mi dziwną radość, której nie spodziewałem się odczuć podczas
uczenia jej, w ogóle kogokolwiek, o magii. Lubiłem gromadzić wiedzę i
eksperymentować z tą, którą ją zdobyłem, lubiłem ją rozszerzać i zgłębiać. Jak
się nagle okazało, lubiłem też o niej mówić. Myśl, że nauka tej dziewczyny może
okazać się całkiem przyjemnym doświadczeniem nie była jednak wcale miła. Nie mogłem
przywiązać się do księżniczki jak do ucznia; nie, jeśli miałem zrobić to, co
zamierzałem zrobić odkąd dostałem ją w swoje ręce.
— Jeszcze
raz — rzuciłem krótko, po czym ponownie sięgnąłem po Moc, ażeby odwrócić proces kwitnienia kwiecia,
które rozsypało się wcześniej za moją sprawą na roślinie obok nas.
Obawiałem
się jedynie, że zaraz zacznie się fala niekończących się pytań.
