Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
3 stycznia 2018
35.


Zawiesiłem spojrzenie na dziewczynie, odwracając się w jej stronę, kiedy ta rozglądała się po ogrodzie. Zachwyt w jej oczach przyjemnie połechtał moje ego i choć z zewnątrz pozostałem wciąż dumny, wyprostowany i niewzruszony, wewnątrz niemal uśmiechnąłem się pysznie na ten widok. Korzystając z momentu, w którym Cataleya skoncentrowała uwagę na czymś innym – choć powinienem być wściekły, że znów mnie nie słucha – sam powiodłem spojrzeniem ponad krzewami, przy których się znaleźliśmy.
Ogród rozciągał się wzdłuż zamku, a ponieważ znajdował się na balkonach wiszących nad doliną na przedpolu gór, nie był tak szeroki jak długi. Kilka metrów dalej kończył się zdobioną na modłę elfów balustradą o smukłych słupkach rzeźbionych w kwiaty. Nie posiadał przekrycia, był wystawiony na działanie warunków atmosferycznych – przynajmniej pozornie, ponieważ oddzielała go magiczna przepona. Wznosił się na różnych poziomach połączonych marmurowymi schodkami, a życie na nim, jak już wspomniałem, zawdzięczaliśmy silnej magicznej żyle, która tędy przepływała. Do jego utrzymania zatrudnionych było kilku nadwornych magów, natomiast projektem zajmowali się najlepsi architekci, jakich nosił ten świat – to znaczy elfy. Choć zamek z tej strony nie był widoczny dla ludzi mieszkających w stolicy poniżej, gdyby spojrzeć na niego z daleka, dałoby się dostrzec, jak bardzo ogród ten nie pasuje do reszty.
Pod naszymi stopami zieleniła się wręcz sztucznie wyglądająca, soczysta trawa, której źdźbła uginały się pod naporem naszych butów. Choć nie było tu żadnych drzew – konstrukcja nie wytrzymałaby ich ciężaru, problemem byłyby również korzenie – wcale nie brakowało różnorodności. Krzewy owocowały i wydawały piękne kwiaty. Nie czuć było chłodu, choć na zewnątrz o tej porze roku temperatura musiała być ujemna.
W końcu przestałem podziwiać otoczenie i wróciłem do rzeczywistości, która nie malowała się w tym momencie ani połową palety barw kwiatów w ogrodzie. Zażenowany, że dałem się tak łatwo wyprowadzić z chłodnego opanowania po raz wtóry, wbiłem spojrzenie zmrużonych oczu w dziewczynę, która wreszcie zabrała się do wykonania mojego polecenia. Ustawiłem się na szeroko rozstawionych nogach, złączyłem dłonie i skupiłem się, pozwalając wypłynąć mojej Mocy na powierzchnię, tuż pod skórę. Jeśli coś pójdzie nie tak – a naprawdę wiele może pójść nie po mojej myśli, choćby to, że dziewczyna zapomni o tym, że powinna robić to delikatnie – musiałem być gotów na konsekwencje. Pierwszą oznaką, że coś zaczyna się dziać, były delikatnie wyczuwalne zafalowania Mocy. Rozbiły się o mnie niczym spokojne fale oceanu o piaszczystą plażę. Skoncentrowałem spojrzenie na skupionej twarzy dziewczyny, kształtując w sobie Moc. Następnym znakiem był delikatny wiatr, który zerwał się zupełnie znikąd i naturalnie nigdy tu nie występował.
Choć napięcie gromadzące się w moich mięśniach sprawiało wrażenie, że minęło wiele godzin, w rzeczywistości musiało minąć nie więcej niż kilka chwil, kiedy nagle kwiat drgnął i ożył. Płatki rozłożyły się spektakularnie, zaszła całkowita przemiana, do pełnego rozkwitu. Nie spodziewałem się, że naprawdę to zrobi. Że otworzy pąk za pierwszym razem, że w ogóle dzisiaj choćby zaczerpnie z żyły. Niedowierzanie musiało w tej chwili odbić się na mojej twarzy, kiedy stałem tak bez ruchu z mocno zaciśniętymi szczękami i wbijałem spojrzenie w efekt Mocy księżniczki. Uwolniłem Moc, która rozproszyła się natychmiast w chwili, kiedy jej na to pozwoliłem.
Czy to zazdrość tak szarpnęła moimi trzewiami, czy może raczej zalążek ekscytacji?
Zanim udało mi się po raz pierwszy jako dziecko zaczerpnąć Mocy, minęło kilka tygodni żmudnych treningów, żeby w ogóle wyłapać żyłę przepływającą pod ziemią. Później kolejne długie dni upłynęły na zmuszeniu jej, nagięciu rzeczywistości tak, aby wysłuchała i spełniła moją wolę. Widok księżniczki Cataleyi, której udaje się to za pierwszym razem... musiała zasiać ziarenko zawiści, zwłaszcza że szczególnie łatwo się jej poddawałem, ale też przyniosło coś na kształt radości. Jej Moc wkrótce będzie należała do mnie. Jeśli tak szybko opanowała czerpanie – o ile nie był to zwykły przypadek – ileż szybciej nauczy się wszystkich potężnych czarów? Poczułem dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa i zanim zdążyłem się opamiętać, na moich wargach wykwitł drapieżny uśmiech odsłaniający szereg zębów z mocniej zaostrzonymi kłami.
Dziewczyna emanowała dumą i radością, którą wyczułem nawet w ogarniającym mnie podnieceniu.
— Tak — przyznałem otwarcie, na kilka chwil zawieszając spojrzenie na twarzy księżniczki, z trudem oderwane od kwiatu, który stał się pierwszym elementem naszych ćwiczeń. W innym wypadku zapewne mruknąłbym coś pod nosem albo wręcz warknął, że to wciąż za mało; ale teraz byłem zbyt podekscytowany, żeby prezentować swoją wyższość.
Czy liczyła na moją pochwałę? Poczułem nieprzyjemne dźgnięcie w boku, kiedy tak stała i patrzyła na mnie wyczekująco. W pamięci wciąż miałem jej uśmiech sprzed kilku chwil; szczery, prawdziwy, który zmienił cały wyraz jej twarzy. I wciąż pamiętałem jak sam cieszyłem się, kiedy po raz pierwszy udało mi się świadomie użyć Mocy, po setkach prób. Na to wspomnienie automatycznie ponownie przybrałem kamienny wyraz twarzy.
— Stopień trudności zależy od złożoności istoty, na którą wpływasz — podjąłem, nie chcąc ciągnąć tamtego tematu. — Rozwinąć kwiat jest o wiele łatwiej niż, powiedzmy, zmienić sierść królikowi. Im bardziej skomplikowany obiekt, tym więcej Mocy trzeba, aby na niego wpłynąć. Tym więcej trzeba świadomości, praktyki i opanowania, a także wiedzy o budowie tego organizmu i sposobie, w jaki można tą budowę zmienić. Mówię to głównie po to, żebyś nie próbowała leczyć żadnego człowieka, a w szczególności sama siebie. Najpierw musisz dowiedzieć się jak jesteśmy zbudowani, warstwa po warstwie, oraz jak można nas naprawić. Wymaga to też o wiele więcej uwagi i doświadczenia niż próba na kwiecie.
Odwróciłem się na pięcie, z rękami splecionymi z tyłu ruszyłem wolno przed siebie. Okrążyłem krzew.
— Poza tym zależy to oczywiście od skali; naturalnie im więcej chcemy zmienić, tym więcej Mocy na to zużyjemy i tym stanie się to trudniejsze. — Z tymi słowami podniosłem prawą dłoń i delikatnie dotknąłem opuszkami palców innego pączka z tego samego krzaka. Uwolniłem Moc i wszystkie kwiaty rozkwitły naraz, przygniatając swoim ciężarem łodygi niemal do ziemi. — Można czerpać także z innych żywiołów niż ziemia, ale to bardziej niebezpieczne. Szczególnie ogień, zostawimy go na koniec — dodałem jeszcze, ponownie stając przed księżniczką.
Opowiadanie o tym sprawiało mi dziwną radość, której nie spodziewałem się odczuć podczas uczenia jej, w ogóle kogokolwiek, o magii. Lubiłem gromadzić wiedzę i eksperymentować z tą, którą ją zdobyłem, lubiłem ją rozszerzać i zgłębiać. Jak się nagle okazało, lubiłem też o niej mówić. Myśl, że nauka tej dziewczyny może okazać się całkiem przyjemnym doświadczeniem nie była jednak wcale miła. Nie mogłem przywiązać się do księżniczki jak do ucznia; nie, jeśli miałem zrobić to, co zamierzałem zrobić odkąd dostałem ją w swoje ręce.
— Jeszcze raz — rzuciłem krótko, po czym ponownie sięgnąłem po Moc, ażeby odwrócić proces kwitnienia kwiecia, które rozsypało się wcześniej za moją sprawą na roślinie obok nas.
Obawiałem się jedynie, że zaraz zacznie się fala niekończących się pytań.
------------------------------------------------------------------------------------