Losing Humanity

„Magia jest w opinii niektórych ucieleśnieniem Chaosu. Jest kluczem zdolnym otworzyć zakazane drzwi. Drzwi, za którymi czai się koszmar, zgroza i niewyobrażalna okropność, za którymi czyhają wrogie, destrukcyjne siły, moce czystego zła, mogące unicestwić nie tylko tego, kto drzwi te uchyli, ale i cały świat. A ponieważ nie brakuje takich, którzy przy owych drzwiach manipulują, kiedyś ktoś popełni błąd, a wówczas zagłada świata będzie przesądzona i nieuchronna. Magia jest zatem zemstą i orężem Chaosu.” — A. Sapkowski
6 stycznia 2018
39.


Dłoń piekła jak od oparzenia, ale kiedy spojrzałem na jej wewnętrzną część, skóra nie była zaczerwieniona, jak się tego spodziewałem. Nic nie było widać i to zdawało się najbardziej niepokojące. Jednak ból był realny i nie pozwalał mi na skupienie, przenikał do najgłębszych nerwów i nie słabł z czasem. Cokolwiek się tam znajdowało, na plecach dziewczyny, było mocno związane z jej Mocą i wszystkim, co w niej tak wyjątkowe
Ponownie przeniosłem spojrzenie na księżniczkę, która najwyraźniej nie zamierzała podzielić się ze mną informacjami. Prychnąłem gniewnie, nie wierząc oczywiście w jej słowa, jakoby nie miała o tym pojęcia. Czyżby jeszcze nie zdała sobie sprawy z tego, że i tak się dowiem? Że zobaczę wszystko, że nie będzie możliwe zachowanie przede mną niczego, skoro jej ciało i dusza należały do mnie – może jeszcze nie w tej chwili, ale w przyszłości całkiem dosłownie. Odczekałem bez ruchu, aż dziewczyna podniosła się na nogi, jednocześnie gryząc i przełykając złość oraz ból, który trawił już moją rękę aż do łokcia. Czułem za sobą obecność Calisty i gdybym się teraz do niej obrócił, pewnie zostałbym poczęstowany lekkim, przesyconym ironią uśmiechem. Właśnie dlatego nie spojrzałem w jej stronę nawet kątem oka; już dość miałem patrzenia na mnie z góry i sprzeciwów. Przez ostatnie dwa dni nasłuchałem się ich więcej, niż przez cały ostatni rok.
Cierpliwość i cisza się opłaciły, bo już po chwili księżniczka odpowiedziała na moje pytanie; choć odpowiedzi tej nie mogłem nazwać zadowalającą. Wciąż nie spuszczałem z niej czujnego spojrzenia. Cholernie interesowało mnie, co znajduje się na jej plecach i w jaki sposób łączy się to z jej Mocą. Może to był krok do rozwiązania zagadki i przyspieszenia procesu, ale nie wykluczałem, że było wręcz przeciwnie. Niestety, coś czułem, że obejrzenie rzekomego znaku nie będzie łatwym zadaniem. Księżniczka z pewnością nie pokaże mi go tak po prostu i może nie chodzić nawet o intymność i wstyd, ale zwykłą, ludzką chęć robienia mi we wszystkim na przekór, w czym do tej pory okazała się być najlepsza.
— To prawda — odpowiedziałem powoli na jej zaczepkę, mrużąc przy tym gniewnie oczy.
Ból przysłaniał mi widok i nie pozwalał na zebranie myśli; a najgorsza w nim była ta okropna stałość, fakt, że się nie pogarszał ani nie słabł. Czułem, że powinienem się w tej chwili skupić, wysilić umysł i wybadać całą sprawę, ale zwyczajnie nie mogłem. Tatuaż, przeklęte znaki... Nie wiedziałem o nich dość, żeby w tym stanie powiązać wszystko w całość. Musiałem poczytać o tym więcej, ale najpierw pozbyć się bólu. I wymyślić sposób, żeby zobaczyć znak pokrywający plecy dumnej księżniczki. W głowie już klarował mi się pomysł, lecz musiałem z nim poczekać na odpowiednią chwilę. Poza tym, nie chciałem żeby była świadkiem mocy Calisty po raz kolejny, zwłaszcza że wcześniej nie była w pełni świadoma tego, co się stało.
Jej kolejne słowa ponownie spowodowały falę wściekłości. Owszem, gdyby powiedziała o tym od razu, zażądałbym pokazania mi go, zobaczyłbym go płacąc za to każdą cenę. Może trafność jej spostrzeżenia zirytowała mnie tak bardzo.
— Widzisz sama, że nie wyszłaś na tym najlepiej — odwarknąłem, cedząc słowa przez mocno zaciśnięte zęby. — Każda rzecz, którą przede mną ukrywasz... W końcu zrozumiesz, że to najczęściej obróci się przeciwko tobie — dodałem, zaciskając tylko zdrową dłoń w pięść, drugą pozostawiając nieruchomo, co z pewnością nie uszło uwadze księżniczki.
Nie mogłem wdawać się w tej chwili w bezsensowne kłótnie z dziewczyną. Rozluźniłem dłoń niemal natychmiast i pozornie opanowałem swoje emocje; ból był nie do zniesienia i nie miałem zbyt wiele czasu, zanim dziewczyna się o tym zorientuje. A ja nie miałem w zwyczaju pokazywać po sobie jakiejkolwiek słabości.
— Odpocznij. Spotkamy się na kolacji po zachodzie słońca — powiedziałem nieco zbyt szybko, po czym odwróciłem się i wróciłem do zamku, a za mną bez słowa czy gestu jak cień podążyła Calista.
Do głównego korytarza doszedłem spokojnym, dostojnym krokiem, ale za pierwszym zakrętem rzuciłem się gwałtownie przed siebie. Demonica, niższa ode mnie, musiała praktycznie biec aby za mną nadążyć. Wreszcie znalazłem się w jednej ze swoich komnat i przez chwilę stałem oparty plecami o drzwi, dysząc głośno, a szeroko otwartymi oczami gapiłem się w  przestrzeń. Calista bez słowa ujęła moją rękę. Wtedy ból eksplodował, aż wrzasnąłem, a krzyk ten wstrząsnął całym bogato zdobionym pomieszczeniem. Sekundy rozciągnęły się gwałtownie i zdawały się trwać wieczność, aż w końcu ból po prostu zniknął, rozproszył się, pozostawiając po sobie tylko nieprzyjemne wrażenie zdrętwiałych palców lewej dłoni.
— I tak się dowiem — syknąłem, wyrywając jej rękę i nawiązując do faktu, że Calista wiedziała o tatuażu więcej niż jakikolwiek człowiek czy księga. Oczywiście nigdy się ze mną nie podzieli tą wiedzą, takiej władzy żaden człowiek nie mógł zyskać nad demonem. Jeszcze nie. W każdym razie, nie było również mowy o podziękowaniach; potwór zrobił tylko to, co do niego należało. — Zostaw mnie.
— Tak jest, panie — odpowiedziała bezbarwnie, skłoniła się nisko i wyszła.
Kiedy zostałem sam, maska rozkruszyła się na miliard kawałków i opadła. Z miękkimi kolanami, ledwo doszedłem do wielkiego fotela w kącie komnaty i opadłem na niego zupełnie bez sił. Charczałem cicho przy każdym wdechu, powieki zrobiły się strasznie ciężkie, a ciało wydawało się być odrętwiałe i obce, jakbym był w nim przypadkowym, niechcianym gościem. Jarzmo, które nosiłem, z każdym zaklęciem robiło się coraz cięższe. Musiałem jak najszybciej odnaleźć sposób na dotarcie do klątwy księżniczki.
Czas zdawał się kończyć z każdym dniem, a przede mną było jeszcze tyle pracy...
Pozwoliłem sobie na odsunięcie tych myśli i krótki odpoczynek. Teraz, kiedy nikt na mnie nie patrzył i nikt nie wymagał siły, stanowczości i odwagi, mogłem zasnąć, zapaść w urywaną drzemkę, która i tak nie przyniesie odprężenia.

Mimo wszystko, wieczorem czułem się lepiej. Ciężar ponownie zdawał się być mniejszy – stwierdziłem, że to klątwa księżniczki Cataleyi zadziałała na mnie tak mocno i popadłem w przesadę, której na szczęście nie było świadka. Freya zaszyła się gdzieś w zamku, zapewne miała te dni, a Draven wciąż nie wrócił. Panował względy spokój, oczywiście poza godziną wizyt, podczas których do sali tronowej przychodzili ludzie ze swoimi sprawami, których musiałem wysłuchiwać.
W końcu jednak nadszedł czas kolacji, więc znalazłem się w jadalni, której chłód rozpraszał ogień trzeszczący w wielkim, kamiennym kominku. Było to inne pomieszczenie niż to, w którym jedliśmy z księżniczką po raz pierwszy. Tam wciąż w powietrzu unosił się zapach jej krwi zbyt mocno, bym mógł spokojnie z niego korzystać. Ta jadalnia była mniejsza, a na podłodze leżały niedźwiedzie skóry. Całe pomieszczenie było mniej profesjonalne i bardziej przytulne, głównie ze względu na ów kominek i ustawione przed nim dwa miękkie skórzane fotele. Stałem właśnie przy ogniu, rozkoszując się jego ciepłem na twarzy, kiedy służąca ogłosiła księżniczkę Cataleyę. Chwilę później dziewczyna weszła do pomieszczenia, a ja rzuciłem jej przez ramię krótkie spojrzenie.
— Zjedzmy — rzuciłem krótko, kierując się w stronę stołu i zajmując jedno z miejsc.
------------------------------------------------------------------------------------